Utwór: Człowiek, który znał sposób
Autor: Dorothy Leigh Sayers
Premiera: 31 października 1987
Seria: Teatrzyk Zielone Oko
Czas trwania: 20’45”
Obsada
Eugeniusz Robaczewski (Smith)
Wojciech Wysocki (Pender)
Fabuła
Historia rozpoczyna się w dusznej i ciasnej przestrzeni przedziału pociągu, gdzie główny bohater, drobny i niezwykle nerwowy człowiek o nazwisku Pender, próbuje skupić się na lekturze popularnej powieści detektywistycznej. Jego czytelnicze skupienie zostaje wkrótce przerwane, a sama książka staje się doskonałym pretekstem do nawiązania rozmowy przez siedzącego naprzeciwko współpasażera. Jest to rosły, niezwykle pewny siebie i nieco arogancki mężczyzna, który w bezceremonialny sposób zaczyna głośno krytykować literackich morderców za brak polotu oraz elementarnej wyobraźni. Nieznajomy z absolutnym, mrożącym krew w żyłach przekonaniem twierdzi, że dokonanie morderstwa naprawdę doskonałego, po którym nie pozostają żadne możliwe do wykrycia ślady, jest w rzeczywistości bajecznie proste. Zaintrygowanemu i jednocześnie zaniepokojonemu Penderowi wyjawia teoretyczny, przerażająco skuteczny sposób pozbawienia kogoś życia, który opiera się na umiejętnym wykorzystaniu gorącej kąpieli i specjalnego roztworu, sprawiając, że zbrodnia wygląda na absolutnie naturalny, niebudzący podejrzeń atak serca.
Po zakończeniu wspólnej podróży i rozstaniu z tajemniczym, elokwentnym rozmówcą, Pender uświadamia sobie, że nie potrafi wyrzucić z głowy tej makabrycznej, pociągowej dyskusji. Jego początkowy, lekki niepokój zaczyna niebezpiecznie przeradzać się w mroczną obsesję, gdy po pewnym czasie podczas przeglądania porannej prasy natrafia na krótki nekrolog. Informuje on o nagłej i bardzo niespodziewanej śmierci pewnego mężczyzny, którego oficjalne okoliczności zgonu w wannie łudząco wręcz przypominają doskonałą metodę opisaną przez nieznajomego z przedziału. Od tego brzemiennego w skutki momentu Pender zaczyna nałogowo, systematycznie i niemal paranoicznie śledzić wszelkie kroniki kryminalne oraz rubryki żałobne w każdym dostępnym tytule prasowym. Ku swojemu narastającemu przerażeniu, odkrywa kolejne, pozornie niezwiązane ze sobą przypadki zgonów w kąpieli, które system i lekarze rutynowo zakwalifikowali jako naturalne, lecz które w jego ogarniętym lękiem umyśle układają się w bezbłędny, logiczny ciąg zbrodni.
Doprowadzony na sam skraj załamania nerwowego, zmęczony bezsennością i ciągłym napięciem bohater postanawia osobiście wziąć sprawy w swoje ręce, czując się moralnie zobowiązanym do powstrzymania rzekomego zbrodniarza. Po bardzo długich, wyczerpujących poszukiwaniach w końcu udaje mu się zidentyfikować, a następnie fizycznie odnaleźć owego gadatliwego mężczyznę z pociągu, po czym rozpoczyna żmudny i niezwykle ryzykowny proces śledzenia go. Pender krąży wokół niczego nieświadomego mężczyzny jak ponury cień, skrupulatnie obserwuje jego codzienne zwyczaje, zapamiętuje miejsca, w których ten bywa, i notuje w głowie sylwetki osób, z którymi utrzymuje kontakt. W umyśle Pendera nie ma już ani cienia racjonalnej wątpliwości – jest całkowicie przekonany, że ma do czynienia z wyrachowanym psychopatą, który z chłodną kalkulacją testuje swoją niewykrywalną metodę zabijania na losowych ofiarach, kpiąc z organów ścigania.
Punkt kulminacyjny opowieści nadchodzi w momencie, gdy całkowicie zdesperowany i wyeksploatowany psychicznie Pender dochodzi do gorzkiego, ostatecznego wniosku. Rozumie, że profesjonalna policja, dysponując wyłącznie jego poszlakami, wycinkami z gazet i opowieścią o nieoficjalnej rozmowie w pociągu, natychmiast weźmie go za wariata i absolutnie mu nie uwierzy. Uznaje w swoim wypaczonym postrzeganiu rzeczywistości, że jedynym skutecznym sposobem na permanentne przerwanie tego łańcucha zbrodni i ocalenie kolejnych, niewinnych istnień ludzkich, jest fizyczne wyeliminowanie mordercy. Z każdą upływającą godziną zacierają się u niego granice między sprawiedliwością a kompletnym obłędem, a bohater, który na początku tej historii był tylko biernym, wylęknionym słuchaczem o słabych nerwach, sam podejmuje decyzję o popełnieniu brutalnej zbrodni w imię wyimaginowanego, wyższego dobra.
Zakończenie historii, jak doskonale przystało na kunszt literacki i przewrotność Dorothy L. Sayers, przynosi niezwykle ironiczny finał, który bezlitośnie obnaża słabość ludzkiej psychiki. Prawda o rzekomym seryjnym mordercy z pociągu okazuje się bowiem całkowicie inna, prozaiczna i zupełnie pozbawiona mrocznej tajemnicy, w którą tak desperacko uwierzył udręczony Pender. Nieznajomy współpasażer w najmniejszym nawet stopniu nie był genialnym i nieuchwytnym zbrodniarzem, a zaledwie zwykłym, chełpliwym i uwielbiającym szokować innych gadułą, który dla zabicia czasu w podróży po prostu wymyślił intrygującą teorię. To sam Pender, poddając się bez reszty swojej niepohamowanej wyobraźni, stworzył krwiożerczego potwora w miejscu, gdzie istniał tylko niewinny banał, stając się tym samym najprawdziwszą ofiarą własnego, destrukcyjnego lęku.





