Archiwum autora: mentor

Carroll Mayers „Wielbiciel muzyki”

Wielbiciel muzyki

Tytuł: „Wielbiciel muzyki”

Autor opowiadania: Charles F. Myers, czyli Charles Farrell Myers, znany również jako Henry Farrell

Reżyseria: Zygmunt Malanowicz

Cykl: Teatrzyk Zielone Oko, Program III Polskiego Radia

Premiera/emisja: 25 czerwca 1969 roku, około godz. 20:50

Czas nagrania: 13:43

Obsada

Bronisław Pawlik: Fred, narrator

Wiesław Michnikowski: Gus, pierwszy bandyta

Mieczysław Czechowicz: Krępy, drugi bandyta

oraz Ewa Berger-Jankowska i Daniela Makulska (jako Ellen i Monika)

Fabuła

Bohaterem i narratorem słuchowiska jest Fred, dyrektor przedsiębiorstwa finansowego. Opowieść zaczyna się na parkingu za siedzibą firmy, kiedy Fred kończy pracę i wychodzi z budynku z teczką pod pachą. Podchodzą do niego dwaj nieznajomi. Pierwszy jest wysoki i elegancki, z filcowym kapeluszem o szerokim rondzie; drugi to krępy, znacznie gorzej ubrany mężczyzna. Sytuacja mogłaby wyglądać niegroźnie, gdyby elegancki człowiek nie pokazał Fredowi broni ukrytej pod kapeluszem. Napastnicy znają jego nazwisko, stanowisko i zwyczaje. Fred natychmiast rozumie, że nie natknął się na przypadkowych rzezimieszków, lecz na bandytów, którzy od dłuższego czasu przygotowywali akcję.

Przestępcy każą Fredowi zachowywać się naturalnie i wsiąść do jego własnego samochodu. W drodze jeden z nich włącza muzykę. To Gus — tytułowy wielbiciel muzyki, szczególnie zainteresowany starymi nagraniami jazzowymi. Jego wspólnik jest wyraźnie zirytowany tym hobby i kilkakrotnie rozkazuje mu wyłączyć radio. Już ta krótka wymiana zdań pokazuje zasadniczą różnicę między bandytami: jeden skupia się na planie i dyscyplinie, podczas gdy Gus nie potrafi oprzeć się muzyce nawet w trakcie porwania. Fred nie wie jeszcze, że właśnie ta pozornie błaha słabość zadecyduje o wyniku całej historii.

Napastnicy każą Fredowi jechać do jego domu. Gdy wchodzą do środka, żona dyrektora, Ellen, sądzi początkowo, że mąż przyprowadził niezapowiedzianych gości na obiad. Z lekką irytacją przypomina mu, że powinien był ją uprzedzić. Fred szybko wyjaśnia, że mężczyźni nie są jego znajomymi. Wtedy przywódca bandytów przedstawia plan. Według zdobytych przez nich informacji pod koniec tygodnia w kasie pancernej firmy znajduje się około trzydziestu tysięcy dolarów. Próba wejścia do budynku podczas pracy oznaczałaby strzelaninę i duże ryzyko. Znacznie bezpieczniej jest zmusić dyrektora do otwarcia sejfu po godzinach, a jego żonę zatrzymać w charakterze zakładniczki.

Gus ma pozostać w domu i pilnować Ellen, podczas gdy drugi napastnik pojedzie z Fredem do firmy. Zanim wspólnicy wyruszają, Gus zaczyna interesować się stojącym w salonie adapterem i kolekcją płyt. Pyta o poszczególnych wykonawców, przegląda albumy i daje do zrozumienia, że najbardziej pociąga go tradycyjny jazz. Padają nazwiska takich muzyków jak Willie „The Lion” Smith czy Kid Ory. Wspólnik upomina go, że powinien obserwować zakładniczkę, a nie urządzać prywatne przesłuchanie płyt. Gus odpowiada jednak, że każdy człowiek ma jakąś słabość. Ellen szybko spostrzega, że bandyta jest znacznie bardziej zainteresowany fonoteką niż jej osobą.

Fred wyrusza z drugim przestępcą do siedziby firmy. Podczas jazdy bandyta informuje go, że grupa bardzo dokładnie zbadała także jego życie osobiste. Wie, że małżeństwo Freda i Ellen przechodzi kryzys, a Fred spotyka się z inną kobietą. Próbuje w ten sposób zasugerować, że dyrektor może nie być szczególnie skłonny do ratowania żony. Fred reaguje oburzeniem, ale nie zaprzecza istnieniu kochanki. Napastnik jest jednak pewien, że nawet niewierny mąż nie zaryzykuje, iż Gus zastrzeli Ellen, jeśli w odpowiednim czasie nie otrzyma umówionej wiadomości.

Po dotarciu do przedsiębiorstwa obaj wchodzą do środka bocznym wejściem. Fred otwiera kasę właściwym kluczem i podaje szyfr. Sejf okazuje się pusty. Bandyta nie może w to uwierzyć, ponieważ zebrane informacje wskazywały, że powinno się w nim znajdować ponad trzydzieści tysięcy dolarów. Kiedy pochyla się, aby dokładniej obejrzeć zawartość, Fred uderza go z całej siły. Przestępca traci przytomność. Dyrektor zabiera mu rewolwer, wiąże jego ręce własnym paskiem, knebluje go krawatem, a następnie zaciąga do toalety i zamyka. Posługuje się przy tym rozwiązaniem, które wcześniej sam bandyta przewidywał dla swojej ofiary.

Dopiero wtedy słuchacz poznaje prawdziwy powód, dla którego kasa jest pusta. Fred sam wyjął z niej dokładnie 34 tysiące dolarów. Zamierzał tego wieczoru uciec samolotem z kochanką Moniką, porzucając żonę i dotychczasowe życie. Skradzione pieniądze schował w teczce, którą przyniósł do domu. Bandyci wybrali zatem na ofiarę człowieka, który właśnie dokonywał własnej defraudacji. Fred jest jednocześnie zakładnikiem, niedoszłą ofiarą napadu i przestępcą próbującym ukraść dokładnie tę samą gotówkę, na którą polują jego porywacze.

Fred obawia się o Ellen, ponieważ Gus może ją skrzywdzić, gdy nie nadejdzie telefon od wspólnika. Mimo to nie jedzie od razu do domu. Najpierw odwiedza Monikę. Kochanka czeka już na zaplanowany wyjazd i niepokoi się, że samolot odleci bez nich. Fred wyjaśnia, że ucieczkę trzeba odłożyć. Opowiada o bandytach, zabranej z sejfu gotówce i pozostawionej w domu teczce. Monika reaguje przede wszystkim rozczarowaniem. Podejrzewa, że nagła troska Freda o żonę oznacza koniec ich związku. Gdy Fred mówi, że musi ratować Ellen, Monika zarzuca mu, że zmienił zdanie w sprawie wspólnego wyjazdu.

Rozmowa z kochanką ujawnia, że Fred zaczyna inaczej patrzeć na swoje małżeństwo. Przyznaje, że stosunki z Ellen nie układały się najlepiej, ale nie oznacza to, że przestał się o nią troszczyć. Perspektywa rzeczywistego zagrożenia życia żony okazuje się dla niego ważniejsza niż romans i pieniądze. Monika w końcu przeprasza za egoistyczną reakcję, choć nadal pyta, czy po unieszkodliwieniu drugiego bandyty Fred odzyska gotówkę. Bohater zabiera przejęty rewolwer i wraca do domu, nie wiedząc, czego może się tam spodziewać.

Fred zatrzymuje samochód w pewnej odległości i skrada się przez sąsiednią posesję. Wchodzi bocznymi drzwiami, trzymając broń w dłoni. Spodziewa się walki albo tragicznego widoku. Tymczasem zastaje Ellen spokojnie leżącą na kanapie i czytającą ilustrowany tygodnik. Gus zniknął. Żona wyjaśnia, że bandyta przez niemal cały czas zajmował się płytami. Upodobał sobie szczególnie jeden album i postanowił go zabrać. Potrzebował opakowania, dlatego opróżnił leżącą na stole teczkę Freda, aby włożyć do niej kolekcję nagrań.

Wtedy Gus znalazł ukryte wewnątrz 34 tysiące dolarów. Zrozumiał, że czekanie na telefon od wspólnika nie ma już sensu. Zabrał zarówno gotówkę, jak i płyty, po czym uciekł, pozostawiając Ellen bez nadzoru. Muzyczne hobby, które miało przeszkodzić mu w pilnowaniu zakładniczki, przypadkowo doprowadziło go prosto do rzeczywistej zdobyczy. Bandyci chcieli zmusić Freda do opróżnienia sejfu, podczas gdy poszukiwane pieniądze od początku znajdowały się w domu. Gus odnalazł je nie dzięki przygotowanemu planowi, lecz dlatego, że bardziej niż zakładniczką interesował się jej adapterem i płytami.

Dla Freda utrata pieniędzy oznacza katastrofę. Nie może zwrócić ich do firmowej kasy, nie może uciec z Moniką i nie jest w stanie przedstawić się wyłącznie jako niewinna ofiara rabunku. Co gorsza, Ellen oznajmia, że zna całą prawdę. Wie o innej kobiecie, o kradzieży firmowych pieniędzy i o planowanym wyjeździe. Fred próbuje ratować sytuację, twierdząc, że był szaleńcem, definitywnie zerwał z kochanką i właśnie zamierzał odnieść 34 tysiące do sejfu. Pyta żonę, czy mu wierzy. Ellen chłodno odpowiada, że trudno jej na to pytanie odpowiedzieć.

Ostatni zwrot następuje, gdy Ellen informuje męża, że kilka minut wcześniej zawiadomiła policję o rabunku. Funkcjonariusze właśnie nadjeżdżają. Fred nie ma już możliwości ucieczki ani stworzenia wygodnej wersji wydarzeń. Jeden bandyta leży związany w firmowej toalecie, Gus zniknął z płytami i gotówką, Monika zna plan ucieczki, a Ellen wie o defraudacji. Słuchowisko urywa się przed przesłuchaniem i aresztowaniami, ale pozostawia Freda otoczonego konsekwencjami własnych decyzji.

Znaczenie tytułu i konstrukcja intrygi

Tytułowym wielbicielem muzyki jest Gus. Jego pasja ma podwójne znaczenie. Najpierw osłabia przestępczy plan, ponieważ zamiast pilnować Ellen, bandyta słucha płyt. Ostatecznie jednak właśnie muzyczne roztargnienie przynosi mu całą zdobycz. Gdyby pozostał zdyscyplinowany, nigdy nie zajrzałby do teczki.

Słuchowisko odwraca też typowy podział na przestępców i ofiary. Bandyci planują rabunek, lecz Fred już wcześniej dokonał własnej kradzieży. Ellen, która przez większą część historii sprawia wrażenie biernej zakładniczki, okazuje się osobą najlepiej rozumiejącą sytuację i podejmującą decydujące działanie. To ona wzywa policję i zamyka przed mężem ostatnią drogę odwrotu.

5/5 - (1 vote)

John Thomas Lutz „Twórca Spuda Morana”

Twórca Spuda Morana
Utwór: Twórca Spuda Morana

Tytuł oryginalny: The Creator of Spud Moran

Autor: John Thomas Lutz

Premiera: 26 lutego 1969 Teatr Polskiego Radia

Przekład: Ewa Szumańska

Adaptacja: Ewa Szumańska

Reżyseria: Zofia Malanowska

Produkcja: Polskie Radio Wrocław

Seria: Teatrzyk Zielone Oko

Czas trwania: 23’22”

Obsada

Zygmunt Bielawski

Adam Kułakowski

Tadeusz Łączyński

Wojciech Malec

Halina Pielichowska (Loren)

Andrzej Polkowski

Fabuła

Spud Moran jest fikcyjnym bohaterem niezwykle popularnych powieści kryminalnych. To wysoki, muskularny i bezwzględny człowiek, który nie ma skrupułów ani wobec wrogów, ani przyjaciół, ani kobiet. Jego przeciwieństwem jest twórca tej postaci, Randall Morgan: szczupły, wrażliwy pisarz w grubych okularach, potrafiący planować efektowne zbrodnie wyłącznie na papierze. Już w pierwszych minutach słuchowiska pojawia się najważniejsze pytanie: czy człowiek, który wymyślił tak bezlitosnego bohatera, sam potrafiłby zachować się jak on?

Randall wynajmuje prywatnego detektywa, by śledził swoją żonę Loren. Przed motelem otrzymuje potwierdzenie najgorszych podejrzeń: kobieta przebywała w pokoju numer 27 z przystojnym Kejem Claxtonem, radcą prawnym Randalla. Detektyw, będący czytelnikiem jego książek, ostrzega pisarza, aby nie zrobił żadnego głupstwa. Randall wchodzi do motelu, czeka w półmroku, a następnie widzi żonę wychodzącą razem z kochankiem. Zamawia w barze kieliszek dżinu i podchodzi do ich stolika.

Loren jest przerażona i zawstydzona. Nie potrafi znieść konfrontacji i opuszcza restaurację. Claxton zachowuje się natomiast arogancko. Bagatelizuje zdradę, tłumaczy, że między nim i Loren po prostu „nawiązała się nić”, a jako prawnik i doradca Randalla miał wiele okazji, by ją spotykać. Próbuje sprowadzić sytuację do zwyczajnego romansu i cynicznie zauważa, że każda kobieta jest przecież czyjąś żoną, siostrą albo matką.

Randall spokojnie oznajmia, że zabije Claxtona. Zamierza przygotować morderstwo z taką samą precyzją, z jaką konstruuje zbrodnie w swoich książkach. Prawnik początkowo grozi policją i zdeponowaniem listu, który po jego śmierci wskaże Randalla jako sprawcę. Pisarz odpowiada, że Claxton nie będzie chciał wywołać skandalu niszczącego jego małżeństwo, reputację i kancelarię. Claxton trafnie uderza jednak w najsłabszy punkt przeciwnika: przypomina mu, że jest tylko Randallem Morganem, a nie Spudem Moranem. Pisarz może wymyślać morderstwa, ale nie ma odwagi ich popełniać.

W domu Randall zastaje Loren pakującą walizki. Jest gotów jej wybaczyć, lecz kobieta wyznaje, że naprawdę kocha Claxtona. Zamierza zamieszkać w hotelu i czekać, aż kochanek powiadomi swoją żonę oraz uzyska rozwód. Randall ostrzega, że prawnik prawdopodobnie składał już podobne obietnice innym kobietom, ale Loren nie pozwala się przekonać i odchodzi. Dla Randalla zdrada przestaje być przejściowym upokorzeniem — oznacza całkowity rozpad jego dotychczasowego życia.

Pisarz przez wiele godzin usiłuje obmyślić morderstwo, lecz nie przychodzi mu do głowy żaden realny plan. Dopiero widok maszyny do pisania podsuwa rozwiązanie. Randall nie potrafi zaplanować zbrodni jako on sam, ale może stworzyć ją dla Spuda Morana. Rozpoczyna nową powieść zatytułowaną Zemsta Spuda Morana. W książce brutalny bohater śledzi prawnika będącego odpowiednikiem Claxtona. Pisanie stopniowo staje się nie tylko literacką fantazją, ale także instrukcją i psychologicznym treningiem dla samego autora.

Randall zaczyna wcielać kolejne fragmenty powieści w życie. Telefonuje do Claxtona z pogróżkami i zapowiada, że jego zwłoki mogą być tak zmasakrowane, iż nie uda się ich zidentyfikować. Kiedy prawnik przestaje odbierać telefony, pojawiają się listy i nekrologi z jego nazwiskiem. Randall prześladuje go także pozornie przypadkowymi spotkaniami: pojawia się w sklepach, kawiarniach i innych miejscach odwiedzanych przez swoją przyszłą ofiarę. Claxton początkowo lekceważy groźby, lecz z czasem chudnie, źle sypia i znajduje się na skraju załamania nerwowego.

Po ukończeniu najważniejszego rozdziału Randall przychodzi nocą do domu Claxtona z rewolwerem. Każe mu założyć strój i buty myśliwskie, zabrać sztucer oraz klucze do leśnej chaty. Zmusza również prawnika do napisania wiadomości dla żony, według której wyjeżdża na kilkudniowe polowanie. Claxton wciąż nie wierzy, że niepozorny pisarz rzeczywiście go zabije. Drwi z jego planu, krytykuje go nawet jako kiepski pomysł literacki i ponownie powtarza, że Randall nie jest Spudem Moranem.

Obaj jadą do odosobnionego domu pisarza. Na trawniku czeka rozłożona plastikowa płachta. Randall ładuje broń i każe Claxtonowi na niej stanąć. Prawnik podejmuje ostatnią próbę poniżenia przeciwnika: mówi, że Randall jest tchórzem, który jedynie odgrywa swojego bohatera. Pisarz rzeczywiście drży i z trudem przezwycięża strach, ale ostatecznie strzela. Następnie zawija ciało w płachtę, ukrywa je w gęstych krzakach i rusza do klubu. Gra w brydża, odwiedza restaurację oraz znajomych, tworząc świadków swojego pozornie zwyczajnego wieczoru.

Po zbudowaniu alibi Randall wraca do maszyny do pisania, aby za pomocą literackiej rutyny dopracować finał. Przygotowuje dwa wcześniej otrute wiewiórki, ciało Claxtona umieszcza w samochodzie i jedzie do jego chaty myśliwskiej. Wewnątrz zostawia ślady sugerujące niedawną obecność gospodarza: papierosy, zmierzwioną pościel i porozrzucane przedmioty. Zwłoki oraz broń układa tak, by śmierć wyglądała na wypadek podczas polowania. Wiewiórki mają stanowić niewinne wyjaśnienie strzałów i śladów związanych z plastikową płachtą.

Plan wydaje się niemal doskonały. Na pierwszym zakręcie Randalla zatrzymuje jednak strażnik. Nie pyta o prawo jazdy, lecz o kartę łowiecką, ponieważ słyszał strzały. Zaskoczony pisarz przyznaje, że strzelał do wiewiórek. Wtedy dowiaduje się o banalnym szczególe, którego nie przewidział: trwa okres ochronny i na te zwierzęta nie wolno obecnie polować. Drobne wykroczenie tworzy urzędowy ślad potwierdzający obecność Randalla w pobliżu miejsca upozorowanego wypadku. Słuchowisko nie opisuje dalszych technicznych etapów śledztwa, lecz od razu przeskakuje do procesu.

Dwa miesiące później morderstwo jest już wyjaśnione. W mieszkaniu Randalla odnaleziono maszynopis Zemsty Spuda Morana, zawierający motyw oraz niemal dokładny przebieg prawdziwej zbrodni. Rozstrzygnięcie sprawy zostaje wstrzymane do czasu decyzji komisji psychiatrów. Pisarz, który chciał wykorzystać literaturę jako narzędzie pozwalające dokonać doskonałego morderstwa, pozostawił w ten sposób najpełniejsze możliwe przyznanie się do winy.

Pół roku później Loren odwiedza Randalla w szpitalnej izolatce. Próbuje powiedzieć mu, że rozumie już, jak bardzo musiał ją kochać, skoro z jej powodu zabił Claxtona. Randall nie poznaje jednak żony. Twierdzi, że nigdy nie był żonaty, a kobiety zawsze traktował jak zabawki. Nie uważa się już za słabego pisarza – przedstawia się jako Spud Moran, słynny gangster i wielokrotny morderca.

Po odejściu płaczącej Loren „Spud Moran” siada przy stoliku, bierze ołówek i postanawia dla zabawy napisać powieść. Jej bohaterem ma być śmieszny, mały człowieczek nazwiskiem Randall Morgan, kiepski autor kryminałów, który nieudolnie i po partacku popełnił zbrodnię. Finał odwraca więc relację między twórcą i postacią: Randall stworzył Spuda literacko, lecz Spud stworzył z Randalla mordercę, a następnie całkowicie wyparł jego osobowość. Claxton miał rację, mówiąc, że Randall nie jest Spudem – aby udowodnić mu coś przeciwnego, pisarz musiał przestać być sobą.

5/5 - (1 vote)

Marek Ławrynowicz „Tuba”

Tuba

Utwór: Tuba

Autor: Marek Ławrynowicz

Premiera: 22 listopada 1997 Teatr Polskiego Radia

Reżyseria: Paweł Łysak

Realizacja akustyczna: Andrzej Złomski

Ilustracja muzyczna: Marcin Błażewicz

Inne emisje: 2006-11-17

Czas trwania: 29’52”

Obsada

Listkiewicz: Bronisław Pawlik

Komisarz: Tomasz Zaliwski

Weremko: Witold Skaruch

Doktor: Lech Łotocki

Urzędnik: Stanisław Brudny

Pocialik: Wiesław Machowski

Fabuła

Słuchowisko rozpoczyna się podczas uroczystości pogrzebowej profesora Kazimierza Listkiewicza. Wewnątrz budynku płoną świece i unosi się zapach kadzidła, lecz docent Weremko pozostaje na zewnątrz, ponieważ cierpi na astmę i źle znosi panującą w środku atmosferę. Towarzyszy mu komisarz prowadzący wcześniej sprawę śmierci profesora. Policjant proponuje, aby Weremko jeszcze raz opowiedział wszystko od początku. Nazywa rozmowę jedynie nieformalnym przesłuchaniem, gdyż oficjalnie nie stwierdzono ani przestępstwa, ani nawet konkretnej przyczyny zgonu. Od pierwszych minut wiadomo zatem, że Listkiewicz nie żyje, natomiast zagadką pozostaje droga prowadząca do jego śmierci.

Weremko wraca pamięcią do 12 maja. Około czwartej nad ranem ktoś gwałtownie dobijał się do jego drzwi. Przybyszem okazał się profesor Listkiewicz – jego znajomy i kolega z Uniwersytetu Warszawskiego. Wyglądał tak, jakby przed chwilą zerwał się z łóżka i uciekał bez oglądania się za siebie. Był boso, miał na sobie koszulę nocną, włosy potargane, rękaw rozdarty, a na dłoni widniała krew. Najbardziej niepokojące było jednak jego zachowanie. Patrzył jakby obok Weremki, rozglądał się po ciemności i nie chciał przekroczyć progu. Wszedł dopiero wtedy, gdy docent ujął go za rękę i niemal siłą wprowadził do środka.

Takie zachowanie zupełnie nie pasowało do profesora. Listkiewicz nie należał do ekscentrycznych uczonych, którym otoczenie wybacza dziwactwa ze względu na ich pozycję. Przeciwnie – Weremko opisuje go jako człowieka spokojnego, zrównoważonego i wręcz „przerażająco normalnego”. Tym większe wrażenie robi jego nagła panika. Posadzony na kanapie profesor upewnia się, że nikt nie może podsłuchać rozmowy. Z najwyższym trudem wyznaje następnie, że w jego sypialni znajduje się tuba.

Weremko początkowo nie rozumie, dlaczego zwykły instrument muzyczny miałby wywołać taki strach. Listkiewicz wyjaśnia, że obudził się około kwadransa po trzeciej. Zwykle budził się o tej porze, żeby napić się wody, po czym ponownie zasypiał. Tym razem zapalił lampę i zobaczył na stoliku ogromną, lśniącą tubę. Instrument miał piękny, majestatyczny kształt i w pierwszej chwili nawet mu się spodobał. Dopiero po chwili profesor uświadomił sobie, że kiedy kładł się spać, tuby w pokoju nie było. Dom został dokładnie zamknięty, drzwi i okna były zabezpieczone, a Listkiewicz mieszkał sam. Nie potrafił więc znaleźć żadnego racjonalnego sposobu, w jaki tak wielki przedmiot mógł dostać się do sypialni.

To właśnie nie sama tuba, lecz niemożliwość jej obecności napełniła profesora „potwornym, zwierzęcym strachem”. Wybiegł z domu tak, jak stał, raniąc po drodze rękę, i bez świadomego planu pobiegł przed siebie. Instynktownie dotarł do mieszkania Weremki. Docent usiłuje go uspokoić. Twierdzi, że instrument musieli podrzucić studenci. Wyobraża sobie grupę młodych ludzi, którzy zdobyli gdzieś używaną tubę, wypili trochę piwa, a następnie postanowili urządzić poważnemu profesorowi absurdalny żart. Listkiewicz przyznaje, że takie wyjaśnienie brzmi rozsądnie, ale mimo to kategorycznie odmawia samodzielnego powrotu.

Weremko pożycza mu płaszcz i idzie razem z nim. Przed wejściem do własnego domu profesor ponownie odczuwa niewytłumaczalne zagrożenie. Nie chce przekroczyć progu pierwszy i ostrzega kolegę, aby zachował ostrożność. Docent otwiera drzwi, przeszukuje wnętrze i nie znajduje niczego niezwykłego. Nie ma śladów włamania, intruza ani obecności jakiejkolwiek zjawy. Jest to zwykły drewniany dom należący do uniwersyteckiego profesora. Dopiero w sypialni Weremko rzeczywiście widzi tubę – wielką, ciężką i materialną. Ocenia ją nawet jako piękny instrument, lecz nie odczuwa w jej obecności niczego groźnego.

Listkiewicz domaga się konkretnego rozwiązania. Nie potrafi zachowywać się tak, jakby nic się nie wydarzyło, i nie chce pozostać sam na sam z nieproszonym przedmiotem. Weremko proponuje więc zgłoszenie włamania na policji. Profesor udaje się na komisariat, gdzie komisarz poleca protokolantowi Jakubikowi spisać zeznanie. Początek rozmowy przypomina zwyczajne zawiadomienie o przestępstwie: padają personalia, zawód i adres Listkiewicza oraz informacja, że ktoś musiał nocą wejść do jego domu. Sytuacja przestaje być standardowa, kiedy policjant pyta, co zostało skradzione.

Profesor odpowiada, że nic nie zginęło – wręcz przeciwnie, coś przybyło. Ktoś włamał się po to, by pozostawić tubę. Komisarz nie potrafi dopasować zdarzenia do żadnej znanej mu kategorii. Wyjaśnia, że gdyby tubę ukradziono, policja miałaby podstawę do działania. Skoro jednak instrument podrzucono, trudno mówić o przestępstwie. Listkiewicz przypomina o samym włamaniu i obawia się również, że bezprawnie przetrzymuje cudzą własność. Policjant zapewnia go, że złożył już zeznanie i formalnie jest całkowicie zabezpieczony. Radzi poczekać na właściciela, a jeśli nikt się nie zgłosi – zatrzymać instrument. Profesor wychodzi bez żadnej rzeczywistej pomocy, a komisarz niemal natychmiast zapomina o sprawie.

Stan Listkiewicza szybko się pogarsza. Jeszcze tego samego dnia profesor pojawia się u lekarza uniwersyteckiego. Jest blady, wyczerpany i ma rozbite okulary, ponieważ w pośpiechu wpadł na szafę. Oznajmia, że nie może dłużej „mieszkać z tubą”. Lekarz próbuje sprowadzić problem do racjonalnych proporcji: instrument jest przecież martwym przedmiotem i nie może nikomu zagrozić. Proponuje, aby profesor po prostu wyrzucił go na śmietnik.

Listkiewicz przyznaje, że już tego próbował. Gdy zapadł wieczór, wyniósł tubę i pozostawił przy śmietniku. Przez moment był wolny, ale wtedy usłyszał nieznany głos nakazujący mu zabrać instrument z powrotem. Nie potrafi powiedzieć, czy głos dobiegał z zewnątrz, z jego własnej świadomości czy bezpośrednio od tuby. Wie tylko, że rozkazowi się podporządkował i ponownie przyniósł instrument do sypialni. Lekarz interpretuje to jako objaw wyczerpania lub załamania nerwowego. Daje profesorowi środek uspokajający, proponuje urlop w Szwajcarii albo Paryżu i podsuwa kolejne praktyczne rozwiązanie: oddanie tuby do biura rzeczy znalezionych.

W biurze Listkiewicz spotyka niezwykle gadatliwego urzędnika. Ten początkowo zachwyca się rozmiarem i wyglądem znaleziska. Opowiada historie o ludziach pozostawiających w domach towarowych marynarki, telewizory, wózki dziecięce, a nawet niemowlęta. Wspomina też garden party, po którym w ogrodzie znaleziono parasole, trzy buty pochodzące z różnych par, krawat w grochy i duży damski biustonosz. Wszystkie te przedmioty można było bez problemu przyjąć, ponieważ ktoś je zgubił, a ktoś inny uczciwie odnalazł.

Problem pojawia się, gdy urzędnik dowiaduje się, że Listkiewicz znalazł tubę we własnym, zamkniętym domu, w którym nie było żadnych gości. Według biurokratycznej logiki instrument nie może zostać przyjęty jako rzecz znaleziona, ponieważ nie wiadomo, kto miałby go wcześniej zgubić. Listkiewicz mieszka sam, więc tuba nie należy do innego domownika. Nie odbyło się też żadne przyjęcie ani koncert. Urzędnik powtarza, że przedmioty nie gubią się same – gubią je ludzie. Skoro zaś nie da się wskazać człowieka, który utracił instrument, biuro nie ma prawa go przyjąć. Przerażenie profesora spotyka się ostatecznie z podejrzliwością. Zostaje uznany nie za uczciwego znalazcę, lecz za „Bóg wie kogo” i wyrzucony wraz z tubą.

Po tej porażce profesor ponownie zwraca się do Weremki. Jego stosunek do instrumentu zaczyna się jednak zmieniać. Nadal chce się go pozbyć, lecz coraz częściej przypisuje mu szczególne znaczenie. Pyta, czy istnieją przedmioty różniące się od zwykłych rzeczy – takie jak Arka Przymierza albo Święty Graal. Tuba przestaje być dla niego jedynie śmiesznym, podrzuconym instrumentem. Zaczyna traktować ją jak przedmiot wybrany, obdarzony własną mocą albo narzucający właścicielowi określoną misję.

Weremko uznaje, że kolega zaczyna pogrążać się w obsesji. Zamiast wyjazdu do Paryża proponuje pobyt w sanatorium. Listkiewicz natychmiast rozumie, że został uznany za człowieka chorego psychicznie. Obraża się i wychodzi. Docent kontaktuje się z lekarzem, uzyskuje skierowanie i dzięki znajomościom błyskawicznie załatwia profesorowi miejsce, ale Listkiewicz odmawia wyjazdu. Nie można zmusić go do leczenia wbrew jego woli. Zaczyna unikać Weremki i innych znajomych, pozostając sam w domu z instrumentem.

Docent dochodzi wreszcie do wniosku, że jedynym ratunkiem będzie znalezienie osoby naprawdę potrzebującej tuby. Liczy, że dobrowolne i legalne przekazanie przedmiotu zakończy poczucie misji profesora oraz przywróci mu spokój. Poszukiwania okazują się trudniejsze, niż przewidywał. Instrumentu nie chce ani filharmonia, ani straż pożarna. W ogromnym mieście nie znajduje się nikt, kto potrzebowałby tuby.

Niespodziewanie do Weremki telefonuje Józef Pocialik, kierownik amatorskiej orkiestry dętej ze Skierniewic. Jego zespół pilnie poszukuje instrumentu, ponieważ dotychczasowy tubista – właściciel pizzerii – popadł w długi, uciekł z miasta i zabrał ze sobą swoją tubę. Pocialik ma już nawet skomplikowany plan przesunięcia muzyków między instrumentami: klarnecista może przejąć tubę, jego miejsce zajmie trębacz, a kolejnego wykonawcę zastąpi człowiek grający dotąd na trójkącie. Brakuje tylko samego instrumentu. Uszczęśliwiony Weremko podaje mu adres profesora, ostrzegając jedynie, że Listkiewicz stał się ostatnio nieco ekscentryczny.

Kiedy Pocialik pojawia się w domu, zastaje profesora zupełnie odmienionego. Listkiewicz jest niezwykle serdeczny, niemal euforyczny, i zachowuje się tak, jakby od dawna czekał właśnie na tego człowieka. Prowadzi go prosto do sypialni. Z dawnego lęku pozornie nic nie pozostało. Profesor nazywa tubę wspaniałą i majestatyczną, każe gościowi dotknąć jej powierzchni oraz podziwiać doskonałość kształtu. Człowiek, który wcześniej uciekał z własnego domu, teraz mówi o instrumencie jak o otaczanej czcią relikwii.

Pocialik początkowo również jest zachwycony. Pyta, czy może zadąć w tubę. Listkiewicz gorąco go do tego zachęca, oznajmiając nawet, że lubi tubę solo. Rozlega się długi, niski i ciężki dźwięk. Reakcja zawodowego muzyka jest natychmiastowa. Pocialik mówi, że instrument ma osobliwy ton, po czym dobiera coraz mocniejsze określenia: dźwięk jest „przerażający”, a wreszcie „złowróżbny”. Profesor odpowiada, że sam nie słyszy w nim niczego niezwykłego.

Ta różnica staje się najbardziej niepokojącym momentem opowieści. Na początku Listkiewicz jako jedyny wyczuwał zagrożenie, podczas gdy wszyscy inni widzieli w tubie zwykły przedmiot. Teraz to zewnętrzny obserwator rozpoznaje grozę jej głosu, natomiast profesor jest już na nią całkowicie niewrażliwy. Pocialik nagle przypomina sobie o rzekomym spotkaniu. Zapewnia, że zadzwoni i wróci po instrument, lecz jego nerwowe pożegnanie nie pozostawia wątpliwości – chce jedynie jak najszybciej uciec. Listkiewicz próbuje go zatrzymać i woła za nim, ale dyrygent opuszcza dom bez tuby.

Następnego dnia zaniepokojony Weremko idzie do profesora. Drzwi domu są otwarte. W sypialni znajduje Listkiewicza leżącego martwego na podłodze. Badania lekarskie nie wykazują żadnej przyczyny śmierci. Nie ma jednoznacznych obrażeń ani schorzenia, które tłumaczyłoby nagły zgon. Co więcej, z pokoju znika tuba.

W tym miejscu opowieść powraca do rozmowy przed pogrzebem. Komisarz przekonuje, że zniknięcie instrumentu można wyjaśnić banalnie: drzwi były otwarte, więc ktoś wszedł i zabrał wartościową tubę. Weremko odpowiada jednak najważniejszym pytaniem: ktoś mógł ją ukraść — ale po co? Policjant irytuje się, że docent najwyraźniej chce zasugerować, iż profesor umarł bez żadnego powodu, a tubę „diabli wzięli”. Weremko nie potwierdza tego wprost, lecz nie potrafi już wrócić do własnych wcześniejszych racjonalnych wyjaśnień. Rozmówcy dołączają do pogrzebu, pozostawiając tajemnicę nierozwiązaną.

Nie wiadomo, czy Listkiewicz padł ofiarą siły związanej z instrumentem, czy przeżył załamanie psychiczne, które doprowadziło go do śmierci. Nie wiadomo również, czy głos nakazujący zabranie tuby ze śmietnika istniał naprawdę. Najbardziej niepokojące jest to, że Pocialik niezależnie rozpoznał złowróżbny ton, którego profesor pod koniec już nie słyszał. Tuba mogła zatem zawładnąć swoim właścicielem, doprowadzić go do śmierci, a następnie zniknąć, być może w poszukiwaniu kolejnej osoby. Słuchowisko nie rozstrzyga tego dylematu i kończy się dokładnie tam, gdzie surrealistyczna komedia o bezradności policji, medycyny i urzędów zmienia się ostatecznie w metafizyczny horror.

5/5 - (1 vote)

Donald Honig „Konkurenci”

Konkurenci

Utwór: Konkurenci

Autor opowiadania: Donald Honig

Tytuł oryginału: „Nice Work If You Can Get It”

Przekład: Roman Chrząstowski

Premiera: 28 maja 1969 roku, godz. 20:45

Adaptacja: Zygmunt Malanowicz

Reżyseria: Zofia Rakowiecka

Realizacja akustyczna: Andrzej Pruski

Inne emisje: 2002-05-31

Seria: Teatrzyk Zielone Oko

Czas trwania: 24’53”

Obsada

Buck: Leonard Andrzejewski

Jack: Maciej Damięcki

Busch: Wiesław Michnikowski

Griggen: Leon Pietraszkiewicz

Barney: Roman Wilhelmi

Fabuła

Historia rozpoczyna się w upalny dzień na parkowej ławce. Siedzi na niej Busch – narrator opowieści i szef trzyosobowej, wyspecjalizowanej grupy porywaczy. Wypoczynek przerywa mu pojawienie się Niebieskiego Barneya, znanego w przestępczym środowisku rywala. Barney zaczyna od pochlebstw: zapewnia, że podziwia przedsiębiorstwo Buscha, jego organizację, precyzję działania oraz dotychczasowe sukcesy. Szybko jednak ujawnia właściwy cel rozmowy. Zamierza wejść na ten sam rynek i założyć własną „firmę” zajmującą się porwaniami dla okupu. Zapowiada wręcz, że pierwszym przedsięwzięciem przyćmi dokonania Buscha i zmusi go do wycofania się z interesu.

Rozmowa obu gangsterów przypomina spotkanie dwóch eleganckich przedsiębiorców, a nie ludzi planujących ciężkie przestępstwa. Busch broni zasad wolnej konkurencji, ale równocześnie usiłuje zniechęcić Barneya. Doradza mu włamywanie się do sejfów, napady na urzędy pocztowe albo szantaż. Przekonuje, że w branży porwań jego własna spółka – tworzona wspólnie z Jackiem i Buckiem – osiągnęła poziom, któremu nikt nie dorówna. Barney pozostaje niewzruszony. Twierdzi, że długo studiował metody konkurentów i znalazł sposób na dokonanie czegoś naprawdę niezwykłego. Busch żegna go śmiechem, lecz pewność siebie jest tylko maską: prowokacja trafia w jego zawodową ambicję.

Po odejściu rywala Busch zaczyna podejrzewać, że jego ludzie rzeczywiście popadli w rutynę. Wzywa Jacka i Bucka, opowiada im o spotkaniu, a następnie żąda pomysłu, który jednoznacznie potwierdzi przewagę ich grupy. Nie wystarczy już zwykłe uprowadzenie zamożnego biznesmena. Potrzebują ofiary tak ważnej, żeby sam wybór celu stał się demonstracją potęgi. Postanawiają porwać J.J. Griggena – miliardera naftowego i najbogatszego człowieka na świecie – a za jego uwolnienie zażądać pięciu milionów dolarów. Plan jest skrajnie ryzykowny, lecz właśnie dlatego odpowiada ich rozbudzonej ambicji.

Griggen jest nieustannie strzeżony. Podróżuje opancerzonym samochodem w towarzystwie umięśnionych ochroniarzy, uchodzących również za doskonałych strzelców. Próba zatrzymania go na ulicy oznaczałaby niemal pewną klęskę. Gang odkrywa jednak, że za dwa dni w rezydencji miliardera na Long Island odbędzie się wielki bal dobroczynny połączony z maskaradą. Liczne przebrania, tłum gości oraz panujące podczas zabawy zamieszanie mogą pozwolić porywaczom znaleźć się bezpośrednio przy Griggenie. Dzięki pomocy specjalisty od fałszywych dokumentów zdobywają zaproszenia, wcześniej rozpoznają teren i przygotowują niezwykły plan wyniesienia ofiary z domu na oczach całego towarzystwa.

Na balu Busch występuje jako Jerzy Waszyngton, Jack przywdziewa strój lorda Byrona, natomiast potężny Buck przebiera się za prehistorycznego jaskiniowca z maczugą. Griggen pojawia się w todze Juliusza Cezara. Rezydencję zapełniają Napoleonowie, monarchowie i rozmaite postacie historyczne, dlatego trójka przestępców nie wzbudza podejrzeń. Busch zdobywa zaufanie gospodarza i wyprowadza go na balkon. Tam pojawia się Buck, grożąc miliarderowi maczugą, podczas gdy drzwi prowadzące do sali zostają zamknięte. Pod balkonem porywacze ukryli wcześniej wielką niedźwiedzią skórę wyposażoną w zamek błyskawiczny. Ogłuszonego i skrępowanego Griggena wsadzają do jej wnętrza.

Najbardziej zuchwała część operacji polega na przejściu z porwanym przez środek sali balowej. Buck zarzuca niedźwiedzia na ramię, a Busch i Jack przedstawiają całą scenę jako improwizowany symboliczny występ: Jerzy Waszyngton, wspierany przez poetę i jaskiniowca, demonstruje potęgę nad dziką naturą. Zachwyceni goście zaczynają bić brawo. To, co powinno wyglądać jak przestępstwo, zostaje uznane za efektowny element maskarady. Nawet strażnicy przy bramie rezydencji salutują osobliwemu orszakowi, nie podejrzewając, że w niesionym „kostiumie niedźwiedzia” znajduje się najbogatszy człowiek świata.

Gang przewozi Griggena do ukrytej chaty myśliwskiej. Po rozpięciu skóry miliarder jest przekonany, że padł ofiarą wyjątkowo głupiego żartu. Dopiero wyjaśnienie Buscha uświadamia mu, że naprawdę został uprowadzony. Porywacze oznajmiają, że cena za jego wolność wynosi pięć milionów dolarów. Chcą traktować zakładnika poprawnie, proponując mu kiełbaski i piwo, lecz urażony Griggen odmawia. Groźby również mają groteskowy charakter: może ponownie trafić do niedźwiedziej skóry, zostać zmuszony do jazdy na rowerze albo do wielogodzinnego słuchania nagrań amerykańskich reklam telewizyjnych.

Następnego ranka Griggen podaje numer prywatnego telefonu znajdującego się w sypialni jego żony Hildegardy. Tylko ona ma dostęp do klucza od sejfu i może szybko przygotować okup. Miliarder opisuje ją jako kobietę zimną i opanowaną, ale jest przekonany, że zapłaci za uratowanie męża. Busch i jego wspólnicy zaczynają telefonować z miejskich budek. Nikt jednak nie odbiera. Ponawiają próby przez wiele godzin, wyobrażając sobie, że Hildegarda gra w tenisa, wybrała się konno albo wyjątkowo długo siedzi u fryzjera. Z początku sytuacja ich irytuje, później zaś zaczyna budzić prawdziwy niepokój.

Czas działa przeciwko porywaczom. Zniknięcia Griggena nie da się długo ukrywać; wkrótce mogą go szukać policja, agenci federalni, a według przesadnych przewidywań gangsterów nawet wojsko i marynarka. Ponieważ telefonu wciąż nikt nie odbiera, nie mają komu przekazać żądania okupu. Doskonale przeprowadzone uprowadzenie okazuje się bezużyteczne. Busch podejmuje upokarzającą decyzję o wypuszczeniu Griggena bez jednego dolara. Informują go, że za rogiem znajdzie autobus. Miliarder, który zdążył potraktować uwięzienie jak nieoczekiwany urlop, odchodzi nawet dość wypoczęty, pytając jedynie, czy jego żona rzeczywiście zapłaciła pięć milionów. Porywacze unikają odpowiedzi.

Klęska całkowicie odbiera grupie wiarę we własny profesjonalizm. Busch uważa, że gdy tylko Barney dowie się o nieudanej operacji, staną się pośmiewiskiem przestępczego świata. Wspólnicy postanawiają więc po cichu zlikwidować przedsiębiorstwo i poszukać uczciwego zajęcia. Ich droga prowadzi do urzędu zatrudnienia – finałowej konsekwencji potraktowania porwań jak zwykłej działalności gospodarczej. Przed urzędem Busch przypadkiem spotyka Barneya. Początkowo każdy z nich zakłada, że konkurent odniósł wielki sukces, i obaj niechętnie próbują zachować pozory.

Wreszcie Barney przyznaje, że także rezygnuje z interesu. Jego pierwsze spektakularne porwanie zakończyło się identycznym fiaskiem. Okazuje się, że jego gang uprowadził Hildegardę Griggen i również zażądał pięciu milionów dolarów. Aby przekazać warunki okupu, Barney próbował dzwonić do jej męża na prywatny telefon przy łóżku. Griggen nie mógł odpowiedzieć, ponieważ w tym samym czasie siedział w chacie Buscha. Hildegarda zaś nie odbierała telefonu Buscha, gdyż przebywała w niewoli Barneya. Dwa perfekcyjnie zaplanowane porwania wzajemnie się unieważniły: każda grupa schwytała jedyną osobę zdolną zapłacić konkurentom.

Gangsterzy nie uświadamiają sobie w pełni tej symetrii. Zamiast wyznać prawdę i porównać swoje operacje, zaczynają plotkować o małżeństwie Griggenów. Busch sugeruje, że miliarder tylko od czasu do czasu pojawia się na noc w domu. Barney jest oburzony, iż Hildegarda może tolerować takie zachowanie, i kończy rozmowę pełnym zgorszenia komentarzem: „Co za towarzystwo”. Przestępcy, którzy przed chwilą przyznali się do porwań dla wielomilionowego okupu, przyjmują rolę surowych strażników obyczajności.

Sens i ton słuchowiska

„Konkurenci” są przede wszystkim komedią kryminalną i satyrą na bezwzględną rywalizację gospodarczą. Porywacze mówią o swoich gangach jak o przedsiębiorstwach, ofiary traktują jak źródła przychodu, a porażkę nazywają likwidacją firmy. Nie przegrywają z policją ani z wyjątkową przebiegłością zakładników. Pokonuje ich konkurencja doprowadzona do absurdu: obaj rywale niezależnie wybierają dwie osoby z tego samego małżeństwa i w dokładnie tym samym momencie pozbawiają się możliwości odebrania okupu.

5/5 - (1 vote)

Ted Leighton „I wtedy zadzwoniła pani Kemp”

I wtedy zadzwoniła pani Kemp

Utwór: I wtedy zadzwoniła pani Kemp

Autor opowiadania: Ted Leighton

„Ted Leighton” był pseudonimem Richarda Levinsona i Williama Linka, późniejszych twórców między innymi Columbo. Pierwowzór nosił tytuł Suddenly, There Was Mrs. Kemp i ukazał się w 1959 roku w kwietniowym numerze „Alfred Hitchcock’s Mystery Magazine”

Premiera: 20 kwietnia 1985 Teatr Polskiego Radia

Adaptacja i reżyseria: Lech Komarnicki

Realizacja akustyczna: Sławomir Pietrzykowski

Inne emisje: 1970-04-16, 1986-01-25

Seria: Teatrzyk Zielone Oko

Czas trwania: 19’53”

Obsada

Irena Kwiatkowska – pani Kemp

Jan Matyjaszkiewicz – Walter Hannis

Halina Jezierska – Marta Hannis

Elżbieta Strzałkowska – sekretarka prokuratora

Fabuła

Słuchowisko rozpoczyna się gwałtowną kłótnią małżeńską. Walter Hannis oznajmia żonie Marcie, że będzie to ich ostatni spór. Kobieta początkowo nie wierzy, że mąż naprawdę odważy się zrealizować swój zamiar, potem jednak zaczyna go błagać, by się opamiętał. Walter jest zimny i zdecydowany: twierdzi, że wszystko dokładnie przemyślał i woli podjąć ryzyko związane ze zbrodnią niż dalej znosić wspólne życie. Marta ginie, wypchnięta przez niego z okna mieszkania znajdującego się na dziesiątym piętrze. Śmierć zostaje uznana za samobójstwo, ponieważ Walter przygotował sobie pozornie niepodważalne alibi – według oficjalnej wersji w chwili tragedii wracał dopiero z pracy.

Po pogrzebie Marty do Waltera telefonuje mieszkająca piętro wyżej pani Kemp. Zaprasza wdowca na filiżankę bardzo mocnej herbaty. Początkowo rozmowa wygląda jak niezręczna próba pocieszenia sąsiada przez samotną, gadatliwą starszą kobietę. Pani Kemp opowiada o codzienności, cienkich ścianach i odgłosach dobiegających z innych mieszkań. Wie nawet, że Walter każdego dnia wstaje o wpół do szóstej rano. Stopniowo jednak jej życzliwość zaczyna nabierać niepokojącego charakteru: kobieta zadaje coraz bardziej precyzyjne pytania dotyczące śmierci Marty i powrotu Hannisa do domu.

Pani Kemp wyjawia w końcu, że w dniu tragedii czyściła ramę swojego okna. Z tego miejsca mogła zajrzeć do położonego niżej mieszkania Hannisów. Najpierw dostrzegła dwie szamoczące się osoby, a następnie zobaczyła, jak Walter wypycha żonę przez okno. Nie był to dla niej całkowicie niezrozumiały wybuch, ponieważ już wcześniej słyszała małżeńskie awantury. Walter usiłuje wszystkiemu zaprzeczyć i przypomina, że świadkowie widzieli go nadchodzącego od strony miasta dopiero po śmierci Marty. Sąsiadka nie daje się jednak zbić z tropu.
Kobieta odtwarza prawdopodobną drogę zabójcy. Jej zdaniem Walter po dokonaniu zbrodni zszedł schodami służbowymi, opuścił budynek tylnym wyjściem, obszedł dom i pojawił się ponownie od strony Czterdziestej Drugiej Ulicy. Dzięki temu wyglądało, jakby dopiero wracał z pracy. Szczegółowość rekonstrukcji pokazuje, że pani Kemp nie snuje przypadkowych domysłów. Wie zarówno, co widziała, jak i w jaki sposób Hannis stworzył sobie fałszywe alibi. Walter po raz pierwszy rozumie, że jego starannie zaplanowana zbrodnia ma jednego niezwykle niebezpiecznego świadka.

Pani Kemp nie zamierza jednak natychmiast iść na policję. Podkreśla, że jest porządną kobietą i nie uważa się za szantażystkę, ale jednocześnie zaczyna mówić o wysokim czynszu, kosztach lekarza, codziennych wydatkach i utrzymaniu kota. Walter bez ogródek nazywa jej propozycję szantażem. Sąsiadka odpowiada, że w razie odmowy będzie musiała przekazać swoją wiedzę policji. Hannis ostatecznie zgadza się płacić jej dwadzieścia pięć dolarów tygodniowo, w każdy piątek. Pani Kemp zapewnia, że nigdy nie zażąda podwyżki, jak gdyby regularność i umiarkowana wysokość opłat mogły nadać całemu układowi pozory uczciwości.

Starsza kobieta przewidziała, że morderca może spróbować ją uciszyć. Sporządziła dokładny opis zabójstwa Marty, umieściła go w zapieczętowanej kopercie zaadresowanej do prokuratora okręgowego i powierzyła zaufanej osobie. Gdyby pani Kemp spotkało coś złego, przyjaciółka ma natychmiast wysłać list. Kobieta jest przekonana, że dzięki temu Walter nie odważy się jej skrzywdzić: jej śmierć automatycznie uruchomiłaby mechanizm ujawniający prawdę. Z pozoru to bardzo skuteczne zabezpieczenie, odbierające Hannisowi możliwość prostego pozbycia się świadka.

Podczas wizyty o wpół do szóstej rano Walter pojawia się jednak w mieszkaniu pani Kemp w rękawiczkach. Kobieta skarży się na wczesną porę i sugeruje, żeby następne koperty z pieniędzmi wkładał po prostu do jej skrzynki pocztowej. Hannis podchodzi do niezaświeconej kuchenki i odkręca gaz. Oświadcza, że mimo zabezpieczenia zdecydował się ją zabić. Nie zamierza powtarzać metody zastosowanej wobec Marty – druga kobieta wypadająca z okna tego samego budynku wzbudziłaby podejrzenia. Planuje ogłuszyć panią Kemp w sposób, który nie pozostawi wyraźnych śladów, a następnie pozwolić, by zginęła od gazu. Jej śmierć ma wyglądać na samobójstwo albo nieszczęśliwy wypadek. Scena urywa się podczas realizacji planu; wszystko wskazuje na to, że kobieta ginie.

Finał przenosi akcję do biura prokuratora. Sekretarka przyjmuje ogromną ilość korespondencji, a człowiekiem, który ją dostarcza, okazuje się Walter Hannis. Dopiero teraz zostaje ujawnione znaczenie jego codziennych pobudek o wpół do szóstej: Walter jest listonoszem. Kiedy sekretarka żartobliwie proponuje, żeby któregoś dnia zabrał jeden z listów i w ten sposób zmniejszył stertę pracy, Hannis odpowiada znacząco, że być może już to zrobił. Słuchowisko sugeruje więc, że przechwycił kopertę zawierającą zeznanie pani Kemp. Jej starannie przygotowane zabezpieczenie było od początku bezwartościowe, ponieważ dostarczenie dowodu powierzyła systemowi pocztowemu, nad którym kontrolę sprawował sam zabójca.
Nie jest to klasyczna zagadka typu „kto zabił”, gdyż tożsamość mordercy poznajemy niemal natychmiast. Napięcie wynika z pojedynku dwojga ludzi przekonanych o własnej przewadze. Pani Kemp posiada prawdę i próbuje zamienić ją w źródło stałego dochodu; Walter dysponuje natomiast opanowaniem, bezwzględnością i informacją, której sąsiadka nie wzięła pod uwagę. Finał odwraca pozorny układ sił i pozostawia widza ze złowrogim przypuszczeniem, że Hannis nie tylko popełnił drugie morderstwo, lecz także ponownie uniknie odpowiedzialności.

5/5 - (1 vote)