Archiwum kategorii: Teatrzyk Zielone Oko

Trójkowy cykl „Teatrzyk Zielone Oko”

Carroll Mayers „Wielbiciel muzyki”

Wielbiciel muzyki

Tytuł: „Wielbiciel muzyki”

Autor opowiadania: Charles F. Myers, czyli Charles Farrell Myers, znany również jako Henry Farrell

Reżyseria: Zygmunt Malanowicz

Cykl: Teatrzyk Zielone Oko, Program III Polskiego Radia

Premiera/emisja: 25 czerwca 1969 roku, około godz. 20:50

Czas nagrania: 13:43

Obsada

Bronisław Pawlik: Fred, narrator

Wiesław Michnikowski: Gus, pierwszy bandyta

Mieczysław Czechowicz: Krępy, drugi bandyta

oraz Ewa Berger-Jankowska i Daniela Makulska (jako Ellen i Monika)

Fabuła

Bohaterem i narratorem słuchowiska jest Fred, dyrektor przedsiębiorstwa finansowego. Opowieść zaczyna się na parkingu za siedzibą firmy, kiedy Fred kończy pracę i wychodzi z budynku z teczką pod pachą. Podchodzą do niego dwaj nieznajomi. Pierwszy jest wysoki i elegancki, z filcowym kapeluszem o szerokim rondzie; drugi to krępy, znacznie gorzej ubrany mężczyzna. Sytuacja mogłaby wyglądać niegroźnie, gdyby elegancki człowiek nie pokazał Fredowi broni ukrytej pod kapeluszem. Napastnicy znają jego nazwisko, stanowisko i zwyczaje. Fred natychmiast rozumie, że nie natknął się na przypadkowych rzezimieszków, lecz na bandytów, którzy od dłuższego czasu przygotowywali akcję.

Przestępcy każą Fredowi zachowywać się naturalnie i wsiąść do jego własnego samochodu. W drodze jeden z nich włącza muzykę. To Gus — tytułowy wielbiciel muzyki, szczególnie zainteresowany starymi nagraniami jazzowymi. Jego wspólnik jest wyraźnie zirytowany tym hobby i kilkakrotnie rozkazuje mu wyłączyć radio. Już ta krótka wymiana zdań pokazuje zasadniczą różnicę między bandytami: jeden skupia się na planie i dyscyplinie, podczas gdy Gus nie potrafi oprzeć się muzyce nawet w trakcie porwania. Fred nie wie jeszcze, że właśnie ta pozornie błaha słabość zadecyduje o wyniku całej historii.

Napastnicy każą Fredowi jechać do jego domu. Gdy wchodzą do środka, żona dyrektora, Ellen, sądzi początkowo, że mąż przyprowadził niezapowiedzianych gości na obiad. Z lekką irytacją przypomina mu, że powinien był ją uprzedzić. Fred szybko wyjaśnia, że mężczyźni nie są jego znajomymi. Wtedy przywódca bandytów przedstawia plan. Według zdobytych przez nich informacji pod koniec tygodnia w kasie pancernej firmy znajduje się około trzydziestu tysięcy dolarów. Próba wejścia do budynku podczas pracy oznaczałaby strzelaninę i duże ryzyko. Znacznie bezpieczniej jest zmusić dyrektora do otwarcia sejfu po godzinach, a jego żonę zatrzymać w charakterze zakładniczki.

Gus ma pozostać w domu i pilnować Ellen, podczas gdy drugi napastnik pojedzie z Fredem do firmy. Zanim wspólnicy wyruszają, Gus zaczyna interesować się stojącym w salonie adapterem i kolekcją płyt. Pyta o poszczególnych wykonawców, przegląda albumy i daje do zrozumienia, że najbardziej pociąga go tradycyjny jazz. Padają nazwiska takich muzyków jak Willie „The Lion” Smith czy Kid Ory. Wspólnik upomina go, że powinien obserwować zakładniczkę, a nie urządzać prywatne przesłuchanie płyt. Gus odpowiada jednak, że każdy człowiek ma jakąś słabość. Ellen szybko spostrzega, że bandyta jest znacznie bardziej zainteresowany fonoteką niż jej osobą.

Fred wyrusza z drugim przestępcą do siedziby firmy. Podczas jazdy bandyta informuje go, że grupa bardzo dokładnie zbadała także jego życie osobiste. Wie, że małżeństwo Freda i Ellen przechodzi kryzys, a Fred spotyka się z inną kobietą. Próbuje w ten sposób zasugerować, że dyrektor może nie być szczególnie skłonny do ratowania żony. Fred reaguje oburzeniem, ale nie zaprzecza istnieniu kochanki. Napastnik jest jednak pewien, że nawet niewierny mąż nie zaryzykuje, iż Gus zastrzeli Ellen, jeśli w odpowiednim czasie nie otrzyma umówionej wiadomości.

Po dotarciu do przedsiębiorstwa obaj wchodzą do środka bocznym wejściem. Fred otwiera kasę właściwym kluczem i podaje szyfr. Sejf okazuje się pusty. Bandyta nie może w to uwierzyć, ponieważ zebrane informacje wskazywały, że powinno się w nim znajdować ponad trzydzieści tysięcy dolarów. Kiedy pochyla się, aby dokładniej obejrzeć zawartość, Fred uderza go z całej siły. Przestępca traci przytomność. Dyrektor zabiera mu rewolwer, wiąże jego ręce własnym paskiem, knebluje go krawatem, a następnie zaciąga do toalety i zamyka. Posługuje się przy tym rozwiązaniem, które wcześniej sam bandyta przewidywał dla swojej ofiary.

Dopiero wtedy słuchacz poznaje prawdziwy powód, dla którego kasa jest pusta. Fred sam wyjął z niej dokładnie 34 tysiące dolarów. Zamierzał tego wieczoru uciec samolotem z kochanką Moniką, porzucając żonę i dotychczasowe życie. Skradzione pieniądze schował w teczce, którą przyniósł do domu. Bandyci wybrali zatem na ofiarę człowieka, który właśnie dokonywał własnej defraudacji. Fred jest jednocześnie zakładnikiem, niedoszłą ofiarą napadu i przestępcą próbującym ukraść dokładnie tę samą gotówkę, na którą polują jego porywacze.

Fred obawia się o Ellen, ponieważ Gus może ją skrzywdzić, gdy nie nadejdzie telefon od wspólnika. Mimo to nie jedzie od razu do domu. Najpierw odwiedza Monikę. Kochanka czeka już na zaplanowany wyjazd i niepokoi się, że samolot odleci bez nich. Fred wyjaśnia, że ucieczkę trzeba odłożyć. Opowiada o bandytach, zabranej z sejfu gotówce i pozostawionej w domu teczce. Monika reaguje przede wszystkim rozczarowaniem. Podejrzewa, że nagła troska Freda o żonę oznacza koniec ich związku. Gdy Fred mówi, że musi ratować Ellen, Monika zarzuca mu, że zmienił zdanie w sprawie wspólnego wyjazdu.

Rozmowa z kochanką ujawnia, że Fred zaczyna inaczej patrzeć na swoje małżeństwo. Przyznaje, że stosunki z Ellen nie układały się najlepiej, ale nie oznacza to, że przestał się o nią troszczyć. Perspektywa rzeczywistego zagrożenia życia żony okazuje się dla niego ważniejsza niż romans i pieniądze. Monika w końcu przeprasza za egoistyczną reakcję, choć nadal pyta, czy po unieszkodliwieniu drugiego bandyty Fred odzyska gotówkę. Bohater zabiera przejęty rewolwer i wraca do domu, nie wiedząc, czego może się tam spodziewać.

Fred zatrzymuje samochód w pewnej odległości i skrada się przez sąsiednią posesję. Wchodzi bocznymi drzwiami, trzymając broń w dłoni. Spodziewa się walki albo tragicznego widoku. Tymczasem zastaje Ellen spokojnie leżącą na kanapie i czytającą ilustrowany tygodnik. Gus zniknął. Żona wyjaśnia, że bandyta przez niemal cały czas zajmował się płytami. Upodobał sobie szczególnie jeden album i postanowił go zabrać. Potrzebował opakowania, dlatego opróżnił leżącą na stole teczkę Freda, aby włożyć do niej kolekcję nagrań.

Wtedy Gus znalazł ukryte wewnątrz 34 tysiące dolarów. Zrozumiał, że czekanie na telefon od wspólnika nie ma już sensu. Zabrał zarówno gotówkę, jak i płyty, po czym uciekł, pozostawiając Ellen bez nadzoru. Muzyczne hobby, które miało przeszkodzić mu w pilnowaniu zakładniczki, przypadkowo doprowadziło go prosto do rzeczywistej zdobyczy. Bandyci chcieli zmusić Freda do opróżnienia sejfu, podczas gdy poszukiwane pieniądze od początku znajdowały się w domu. Gus odnalazł je nie dzięki przygotowanemu planowi, lecz dlatego, że bardziej niż zakładniczką interesował się jej adapterem i płytami.

Dla Freda utrata pieniędzy oznacza katastrofę. Nie może zwrócić ich do firmowej kasy, nie może uciec z Moniką i nie jest w stanie przedstawić się wyłącznie jako niewinna ofiara rabunku. Co gorsza, Ellen oznajmia, że zna całą prawdę. Wie o innej kobiecie, o kradzieży firmowych pieniędzy i o planowanym wyjeździe. Fred próbuje ratować sytuację, twierdząc, że był szaleńcem, definitywnie zerwał z kochanką i właśnie zamierzał odnieść 34 tysiące do sejfu. Pyta żonę, czy mu wierzy. Ellen chłodno odpowiada, że trudno jej na to pytanie odpowiedzieć.

Ostatni zwrot następuje, gdy Ellen informuje męża, że kilka minut wcześniej zawiadomiła policję o rabunku. Funkcjonariusze właśnie nadjeżdżają. Fred nie ma już możliwości ucieczki ani stworzenia wygodnej wersji wydarzeń. Jeden bandyta leży związany w firmowej toalecie, Gus zniknął z płytami i gotówką, Monika zna plan ucieczki, a Ellen wie o defraudacji. Słuchowisko urywa się przed przesłuchaniem i aresztowaniami, ale pozostawia Freda otoczonego konsekwencjami własnych decyzji.

Znaczenie tytułu i konstrukcja intrygi

Tytułowym wielbicielem muzyki jest Gus. Jego pasja ma podwójne znaczenie. Najpierw osłabia przestępczy plan, ponieważ zamiast pilnować Ellen, bandyta słucha płyt. Ostatecznie jednak właśnie muzyczne roztargnienie przynosi mu całą zdobycz. Gdyby pozostał zdyscyplinowany, nigdy nie zajrzałby do teczki.

Słuchowisko odwraca też typowy podział na przestępców i ofiary. Bandyci planują rabunek, lecz Fred już wcześniej dokonał własnej kradzieży. Ellen, która przez większą część historii sprawia wrażenie biernej zakładniczki, okazuje się osobą najlepiej rozumiejącą sytuację i podejmującą decydujące działanie. To ona wzywa policję i zamyka przed mężem ostatnią drogę odwrotu.

5/5 - (1 vote)

John Thomas Lutz „Twórca Spuda Morana”

Twórca Spuda Morana
Utwór: Twórca Spuda Morana

Tytuł oryginalny: The Creator of Spud Moran

Autor: John Thomas Lutz

Premiera: 26 lutego 1969 Teatr Polskiego Radia

Przekład: Ewa Szumańska

Adaptacja: Ewa Szumańska

Reżyseria: Zofia Malanowska

Produkcja: Polskie Radio Wrocław

Seria: Teatrzyk Zielone Oko

Czas trwania: 23’22”

Obsada

Zygmunt Bielawski

Adam Kułakowski

Tadeusz Łączyński

Wojciech Malec

Halina Pielichowska (Loren)

Andrzej Polkowski

Fabuła

Spud Moran jest fikcyjnym bohaterem niezwykle popularnych powieści kryminalnych. To wysoki, muskularny i bezwzględny człowiek, który nie ma skrupułów ani wobec wrogów, ani przyjaciół, ani kobiet. Jego przeciwieństwem jest twórca tej postaci, Randall Morgan: szczupły, wrażliwy pisarz w grubych okularach, potrafiący planować efektowne zbrodnie wyłącznie na papierze. Już w pierwszych minutach słuchowiska pojawia się najważniejsze pytanie: czy człowiek, który wymyślił tak bezlitosnego bohatera, sam potrafiłby zachować się jak on?

Randall wynajmuje prywatnego detektywa, by śledził swoją żonę Loren. Przed motelem otrzymuje potwierdzenie najgorszych podejrzeń: kobieta przebywała w pokoju numer 27 z przystojnym Kejem Claxtonem, radcą prawnym Randalla. Detektyw, będący czytelnikiem jego książek, ostrzega pisarza, aby nie zrobił żadnego głupstwa. Randall wchodzi do motelu, czeka w półmroku, a następnie widzi żonę wychodzącą razem z kochankiem. Zamawia w barze kieliszek dżinu i podchodzi do ich stolika.

Loren jest przerażona i zawstydzona. Nie potrafi znieść konfrontacji i opuszcza restaurację. Claxton zachowuje się natomiast arogancko. Bagatelizuje zdradę, tłumaczy, że między nim i Loren po prostu „nawiązała się nić”, a jako prawnik i doradca Randalla miał wiele okazji, by ją spotykać. Próbuje sprowadzić sytuację do zwyczajnego romansu i cynicznie zauważa, że każda kobieta jest przecież czyjąś żoną, siostrą albo matką.

Randall spokojnie oznajmia, że zabije Claxtona. Zamierza przygotować morderstwo z taką samą precyzją, z jaką konstruuje zbrodnie w swoich książkach. Prawnik początkowo grozi policją i zdeponowaniem listu, który po jego śmierci wskaże Randalla jako sprawcę. Pisarz odpowiada, że Claxton nie będzie chciał wywołać skandalu niszczącego jego małżeństwo, reputację i kancelarię. Claxton trafnie uderza jednak w najsłabszy punkt przeciwnika: przypomina mu, że jest tylko Randallem Morganem, a nie Spudem Moranem. Pisarz może wymyślać morderstwa, ale nie ma odwagi ich popełniać.

W domu Randall zastaje Loren pakującą walizki. Jest gotów jej wybaczyć, lecz kobieta wyznaje, że naprawdę kocha Claxtona. Zamierza zamieszkać w hotelu i czekać, aż kochanek powiadomi swoją żonę oraz uzyska rozwód. Randall ostrzega, że prawnik prawdopodobnie składał już podobne obietnice innym kobietom, ale Loren nie pozwala się przekonać i odchodzi. Dla Randalla zdrada przestaje być przejściowym upokorzeniem — oznacza całkowity rozpad jego dotychczasowego życia.

Pisarz przez wiele godzin usiłuje obmyślić morderstwo, lecz nie przychodzi mu do głowy żaden realny plan. Dopiero widok maszyny do pisania podsuwa rozwiązanie. Randall nie potrafi zaplanować zbrodni jako on sam, ale może stworzyć ją dla Spuda Morana. Rozpoczyna nową powieść zatytułowaną Zemsta Spuda Morana. W książce brutalny bohater śledzi prawnika będącego odpowiednikiem Claxtona. Pisanie stopniowo staje się nie tylko literacką fantazją, ale także instrukcją i psychologicznym treningiem dla samego autora.

Randall zaczyna wcielać kolejne fragmenty powieści w życie. Telefonuje do Claxtona z pogróżkami i zapowiada, że jego zwłoki mogą być tak zmasakrowane, iż nie uda się ich zidentyfikować. Kiedy prawnik przestaje odbierać telefony, pojawiają się listy i nekrologi z jego nazwiskiem. Randall prześladuje go także pozornie przypadkowymi spotkaniami: pojawia się w sklepach, kawiarniach i innych miejscach odwiedzanych przez swoją przyszłą ofiarę. Claxton początkowo lekceważy groźby, lecz z czasem chudnie, źle sypia i znajduje się na skraju załamania nerwowego.

Po ukończeniu najważniejszego rozdziału Randall przychodzi nocą do domu Claxtona z rewolwerem. Każe mu założyć strój i buty myśliwskie, zabrać sztucer oraz klucze do leśnej chaty. Zmusza również prawnika do napisania wiadomości dla żony, według której wyjeżdża na kilkudniowe polowanie. Claxton wciąż nie wierzy, że niepozorny pisarz rzeczywiście go zabije. Drwi z jego planu, krytykuje go nawet jako kiepski pomysł literacki i ponownie powtarza, że Randall nie jest Spudem Moranem.

Obaj jadą do odosobnionego domu pisarza. Na trawniku czeka rozłożona plastikowa płachta. Randall ładuje broń i każe Claxtonowi na niej stanąć. Prawnik podejmuje ostatnią próbę poniżenia przeciwnika: mówi, że Randall jest tchórzem, który jedynie odgrywa swojego bohatera. Pisarz rzeczywiście drży i z trudem przezwycięża strach, ale ostatecznie strzela. Następnie zawija ciało w płachtę, ukrywa je w gęstych krzakach i rusza do klubu. Gra w brydża, odwiedza restaurację oraz znajomych, tworząc świadków swojego pozornie zwyczajnego wieczoru.

Po zbudowaniu alibi Randall wraca do maszyny do pisania, aby za pomocą literackiej rutyny dopracować finał. Przygotowuje dwa wcześniej otrute wiewiórki, ciało Claxtona umieszcza w samochodzie i jedzie do jego chaty myśliwskiej. Wewnątrz zostawia ślady sugerujące niedawną obecność gospodarza: papierosy, zmierzwioną pościel i porozrzucane przedmioty. Zwłoki oraz broń układa tak, by śmierć wyglądała na wypadek podczas polowania. Wiewiórki mają stanowić niewinne wyjaśnienie strzałów i śladów związanych z plastikową płachtą.

Plan wydaje się niemal doskonały. Na pierwszym zakręcie Randalla zatrzymuje jednak strażnik. Nie pyta o prawo jazdy, lecz o kartę łowiecką, ponieważ słyszał strzały. Zaskoczony pisarz przyznaje, że strzelał do wiewiórek. Wtedy dowiaduje się o banalnym szczególe, którego nie przewidział: trwa okres ochronny i na te zwierzęta nie wolno obecnie polować. Drobne wykroczenie tworzy urzędowy ślad potwierdzający obecność Randalla w pobliżu miejsca upozorowanego wypadku. Słuchowisko nie opisuje dalszych technicznych etapów śledztwa, lecz od razu przeskakuje do procesu.

Dwa miesiące później morderstwo jest już wyjaśnione. W mieszkaniu Randalla odnaleziono maszynopis Zemsty Spuda Morana, zawierający motyw oraz niemal dokładny przebieg prawdziwej zbrodni. Rozstrzygnięcie sprawy zostaje wstrzymane do czasu decyzji komisji psychiatrów. Pisarz, który chciał wykorzystać literaturę jako narzędzie pozwalające dokonać doskonałego morderstwa, pozostawił w ten sposób najpełniejsze możliwe przyznanie się do winy.

Pół roku później Loren odwiedza Randalla w szpitalnej izolatce. Próbuje powiedzieć mu, że rozumie już, jak bardzo musiał ją kochać, skoro z jej powodu zabił Claxtona. Randall nie poznaje jednak żony. Twierdzi, że nigdy nie był żonaty, a kobiety zawsze traktował jak zabawki. Nie uważa się już za słabego pisarza – przedstawia się jako Spud Moran, słynny gangster i wielokrotny morderca.

Po odejściu płaczącej Loren „Spud Moran” siada przy stoliku, bierze ołówek i postanawia dla zabawy napisać powieść. Jej bohaterem ma być śmieszny, mały człowieczek nazwiskiem Randall Morgan, kiepski autor kryminałów, który nieudolnie i po partacku popełnił zbrodnię. Finał odwraca więc relację między twórcą i postacią: Randall stworzył Spuda literacko, lecz Spud stworzył z Randalla mordercę, a następnie całkowicie wyparł jego osobowość. Claxton miał rację, mówiąc, że Randall nie jest Spudem – aby udowodnić mu coś przeciwnego, pisarz musiał przestać być sobą.

5/5 - (1 vote)

Donald Honig „Konkurenci”

Konkurenci

Utwór: Konkurenci

Autor opowiadania: Donald Honig

Tytuł oryginału: „Nice Work If You Can Get It”

Przekład: Roman Chrząstowski

Premiera: 28 maja 1969 roku, godz. 20:45

Adaptacja: Zygmunt Malanowicz

Reżyseria: Zofia Rakowiecka

Realizacja akustyczna: Andrzej Pruski

Inne emisje: 2002-05-31

Seria: Teatrzyk Zielone Oko

Czas trwania: 24’53”

Obsada

Buck: Leonard Andrzejewski

Jack: Maciej Damięcki

Busch: Wiesław Michnikowski

Griggen: Leon Pietraszkiewicz

Barney: Roman Wilhelmi

Fabuła

Historia rozpoczyna się w upalny dzień na parkowej ławce. Siedzi na niej Busch – narrator opowieści i szef trzyosobowej, wyspecjalizowanej grupy porywaczy. Wypoczynek przerywa mu pojawienie się Niebieskiego Barneya, znanego w przestępczym środowisku rywala. Barney zaczyna od pochlebstw: zapewnia, że podziwia przedsiębiorstwo Buscha, jego organizację, precyzję działania oraz dotychczasowe sukcesy. Szybko jednak ujawnia właściwy cel rozmowy. Zamierza wejść na ten sam rynek i założyć własną „firmę” zajmującą się porwaniami dla okupu. Zapowiada wręcz, że pierwszym przedsięwzięciem przyćmi dokonania Buscha i zmusi go do wycofania się z interesu.

Rozmowa obu gangsterów przypomina spotkanie dwóch eleganckich przedsiębiorców, a nie ludzi planujących ciężkie przestępstwa. Busch broni zasad wolnej konkurencji, ale równocześnie usiłuje zniechęcić Barneya. Doradza mu włamywanie się do sejfów, napady na urzędy pocztowe albo szantaż. Przekonuje, że w branży porwań jego własna spółka – tworzona wspólnie z Jackiem i Buckiem – osiągnęła poziom, któremu nikt nie dorówna. Barney pozostaje niewzruszony. Twierdzi, że długo studiował metody konkurentów i znalazł sposób na dokonanie czegoś naprawdę niezwykłego. Busch żegna go śmiechem, lecz pewność siebie jest tylko maską: prowokacja trafia w jego zawodową ambicję.

Po odejściu rywala Busch zaczyna podejrzewać, że jego ludzie rzeczywiście popadli w rutynę. Wzywa Jacka i Bucka, opowiada im o spotkaniu, a następnie żąda pomysłu, który jednoznacznie potwierdzi przewagę ich grupy. Nie wystarczy już zwykłe uprowadzenie zamożnego biznesmena. Potrzebują ofiary tak ważnej, żeby sam wybór celu stał się demonstracją potęgi. Postanawiają porwać J.J. Griggena – miliardera naftowego i najbogatszego człowieka na świecie – a za jego uwolnienie zażądać pięciu milionów dolarów. Plan jest skrajnie ryzykowny, lecz właśnie dlatego odpowiada ich rozbudzonej ambicji.

Griggen jest nieustannie strzeżony. Podróżuje opancerzonym samochodem w towarzystwie umięśnionych ochroniarzy, uchodzących również za doskonałych strzelców. Próba zatrzymania go na ulicy oznaczałaby niemal pewną klęskę. Gang odkrywa jednak, że za dwa dni w rezydencji miliardera na Long Island odbędzie się wielki bal dobroczynny połączony z maskaradą. Liczne przebrania, tłum gości oraz panujące podczas zabawy zamieszanie mogą pozwolić porywaczom znaleźć się bezpośrednio przy Griggenie. Dzięki pomocy specjalisty od fałszywych dokumentów zdobywają zaproszenia, wcześniej rozpoznają teren i przygotowują niezwykły plan wyniesienia ofiary z domu na oczach całego towarzystwa.

Na balu Busch występuje jako Jerzy Waszyngton, Jack przywdziewa strój lorda Byrona, natomiast potężny Buck przebiera się za prehistorycznego jaskiniowca z maczugą. Griggen pojawia się w todze Juliusza Cezara. Rezydencję zapełniają Napoleonowie, monarchowie i rozmaite postacie historyczne, dlatego trójka przestępców nie wzbudza podejrzeń. Busch zdobywa zaufanie gospodarza i wyprowadza go na balkon. Tam pojawia się Buck, grożąc miliarderowi maczugą, podczas gdy drzwi prowadzące do sali zostają zamknięte. Pod balkonem porywacze ukryli wcześniej wielką niedźwiedzią skórę wyposażoną w zamek błyskawiczny. Ogłuszonego i skrępowanego Griggena wsadzają do jej wnętrza.

Najbardziej zuchwała część operacji polega na przejściu z porwanym przez środek sali balowej. Buck zarzuca niedźwiedzia na ramię, a Busch i Jack przedstawiają całą scenę jako improwizowany symboliczny występ: Jerzy Waszyngton, wspierany przez poetę i jaskiniowca, demonstruje potęgę nad dziką naturą. Zachwyceni goście zaczynają bić brawo. To, co powinno wyglądać jak przestępstwo, zostaje uznane za efektowny element maskarady. Nawet strażnicy przy bramie rezydencji salutują osobliwemu orszakowi, nie podejrzewając, że w niesionym „kostiumie niedźwiedzia” znajduje się najbogatszy człowiek świata.

Gang przewozi Griggena do ukrytej chaty myśliwskiej. Po rozpięciu skóry miliarder jest przekonany, że padł ofiarą wyjątkowo głupiego żartu. Dopiero wyjaśnienie Buscha uświadamia mu, że naprawdę został uprowadzony. Porywacze oznajmiają, że cena za jego wolność wynosi pięć milionów dolarów. Chcą traktować zakładnika poprawnie, proponując mu kiełbaski i piwo, lecz urażony Griggen odmawia. Groźby również mają groteskowy charakter: może ponownie trafić do niedźwiedziej skóry, zostać zmuszony do jazdy na rowerze albo do wielogodzinnego słuchania nagrań amerykańskich reklam telewizyjnych.

Następnego ranka Griggen podaje numer prywatnego telefonu znajdującego się w sypialni jego żony Hildegardy. Tylko ona ma dostęp do klucza od sejfu i może szybko przygotować okup. Miliarder opisuje ją jako kobietę zimną i opanowaną, ale jest przekonany, że zapłaci za uratowanie męża. Busch i jego wspólnicy zaczynają telefonować z miejskich budek. Nikt jednak nie odbiera. Ponawiają próby przez wiele godzin, wyobrażając sobie, że Hildegarda gra w tenisa, wybrała się konno albo wyjątkowo długo siedzi u fryzjera. Z początku sytuacja ich irytuje, później zaś zaczyna budzić prawdziwy niepokój.

Czas działa przeciwko porywaczom. Zniknięcia Griggena nie da się długo ukrywać; wkrótce mogą go szukać policja, agenci federalni, a według przesadnych przewidywań gangsterów nawet wojsko i marynarka. Ponieważ telefonu wciąż nikt nie odbiera, nie mają komu przekazać żądania okupu. Doskonale przeprowadzone uprowadzenie okazuje się bezużyteczne. Busch podejmuje upokarzającą decyzję o wypuszczeniu Griggena bez jednego dolara. Informują go, że za rogiem znajdzie autobus. Miliarder, który zdążył potraktować uwięzienie jak nieoczekiwany urlop, odchodzi nawet dość wypoczęty, pytając jedynie, czy jego żona rzeczywiście zapłaciła pięć milionów. Porywacze unikają odpowiedzi.

Klęska całkowicie odbiera grupie wiarę we własny profesjonalizm. Busch uważa, że gdy tylko Barney dowie się o nieudanej operacji, staną się pośmiewiskiem przestępczego świata. Wspólnicy postanawiają więc po cichu zlikwidować przedsiębiorstwo i poszukać uczciwego zajęcia. Ich droga prowadzi do urzędu zatrudnienia – finałowej konsekwencji potraktowania porwań jak zwykłej działalności gospodarczej. Przed urzędem Busch przypadkiem spotyka Barneya. Początkowo każdy z nich zakłada, że konkurent odniósł wielki sukces, i obaj niechętnie próbują zachować pozory.

Wreszcie Barney przyznaje, że także rezygnuje z interesu. Jego pierwsze spektakularne porwanie zakończyło się identycznym fiaskiem. Okazuje się, że jego gang uprowadził Hildegardę Griggen i również zażądał pięciu milionów dolarów. Aby przekazać warunki okupu, Barney próbował dzwonić do jej męża na prywatny telefon przy łóżku. Griggen nie mógł odpowiedzieć, ponieważ w tym samym czasie siedział w chacie Buscha. Hildegarda zaś nie odbierała telefonu Buscha, gdyż przebywała w niewoli Barneya. Dwa perfekcyjnie zaplanowane porwania wzajemnie się unieważniły: każda grupa schwytała jedyną osobę zdolną zapłacić konkurentom.

Gangsterzy nie uświadamiają sobie w pełni tej symetrii. Zamiast wyznać prawdę i porównać swoje operacje, zaczynają plotkować o małżeństwie Griggenów. Busch sugeruje, że miliarder tylko od czasu do czasu pojawia się na noc w domu. Barney jest oburzony, iż Hildegarda może tolerować takie zachowanie, i kończy rozmowę pełnym zgorszenia komentarzem: „Co za towarzystwo”. Przestępcy, którzy przed chwilą przyznali się do porwań dla wielomilionowego okupu, przyjmują rolę surowych strażników obyczajności.

Sens i ton słuchowiska

„Konkurenci” są przede wszystkim komedią kryminalną i satyrą na bezwzględną rywalizację gospodarczą. Porywacze mówią o swoich gangach jak o przedsiębiorstwach, ofiary traktują jak źródła przychodu, a porażkę nazywają likwidacją firmy. Nie przegrywają z policją ani z wyjątkową przebiegłością zakładników. Pokonuje ich konkurencja doprowadzona do absurdu: obaj rywale niezależnie wybierają dwie osoby z tego samego małżeństwa i w dokładnie tym samym momencie pozbawiają się możliwości odebrania okupu.

5/5 - (1 vote)

Ted Leighton „I wtedy zadzwoniła pani Kemp”

I wtedy zadzwoniła pani Kemp

Utwór: I wtedy zadzwoniła pani Kemp

Autor opowiadania: Ted Leighton

„Ted Leighton” był pseudonimem Richarda Levinsona i Williama Linka, późniejszych twórców między innymi Columbo. Pierwowzór nosił tytuł Suddenly, There Was Mrs. Kemp i ukazał się w 1959 roku w kwietniowym numerze „Alfred Hitchcock’s Mystery Magazine”

Premiera: 20 kwietnia 1985 Teatr Polskiego Radia

Adaptacja i reżyseria: Lech Komarnicki

Realizacja akustyczna: Sławomir Pietrzykowski

Inne emisje: 1970-04-16, 1986-01-25

Seria: Teatrzyk Zielone Oko

Czas trwania: 19’53”

Obsada

Irena Kwiatkowska – pani Kemp

Jan Matyjaszkiewicz – Walter Hannis

Halina Jezierska – Marta Hannis

Elżbieta Strzałkowska – sekretarka prokuratora

Fabuła

Słuchowisko rozpoczyna się gwałtowną kłótnią małżeńską. Walter Hannis oznajmia żonie Marcie, że będzie to ich ostatni spór. Kobieta początkowo nie wierzy, że mąż naprawdę odważy się zrealizować swój zamiar, potem jednak zaczyna go błagać, by się opamiętał. Walter jest zimny i zdecydowany: twierdzi, że wszystko dokładnie przemyślał i woli podjąć ryzyko związane ze zbrodnią niż dalej znosić wspólne życie. Marta ginie, wypchnięta przez niego z okna mieszkania znajdującego się na dziesiątym piętrze. Śmierć zostaje uznana za samobójstwo, ponieważ Walter przygotował sobie pozornie niepodważalne alibi – według oficjalnej wersji w chwili tragedii wracał dopiero z pracy.

Po pogrzebie Marty do Waltera telefonuje mieszkająca piętro wyżej pani Kemp. Zaprasza wdowca na filiżankę bardzo mocnej herbaty. Początkowo rozmowa wygląda jak niezręczna próba pocieszenia sąsiada przez samotną, gadatliwą starszą kobietę. Pani Kemp opowiada o codzienności, cienkich ścianach i odgłosach dobiegających z innych mieszkań. Wie nawet, że Walter każdego dnia wstaje o wpół do szóstej rano. Stopniowo jednak jej życzliwość zaczyna nabierać niepokojącego charakteru: kobieta zadaje coraz bardziej precyzyjne pytania dotyczące śmierci Marty i powrotu Hannisa do domu.

Pani Kemp wyjawia w końcu, że w dniu tragedii czyściła ramę swojego okna. Z tego miejsca mogła zajrzeć do położonego niżej mieszkania Hannisów. Najpierw dostrzegła dwie szamoczące się osoby, a następnie zobaczyła, jak Walter wypycha żonę przez okno. Nie był to dla niej całkowicie niezrozumiały wybuch, ponieważ już wcześniej słyszała małżeńskie awantury. Walter usiłuje wszystkiemu zaprzeczyć i przypomina, że świadkowie widzieli go nadchodzącego od strony miasta dopiero po śmierci Marty. Sąsiadka nie daje się jednak zbić z tropu.
Kobieta odtwarza prawdopodobną drogę zabójcy. Jej zdaniem Walter po dokonaniu zbrodni zszedł schodami służbowymi, opuścił budynek tylnym wyjściem, obszedł dom i pojawił się ponownie od strony Czterdziestej Drugiej Ulicy. Dzięki temu wyglądało, jakby dopiero wracał z pracy. Szczegółowość rekonstrukcji pokazuje, że pani Kemp nie snuje przypadkowych domysłów. Wie zarówno, co widziała, jak i w jaki sposób Hannis stworzył sobie fałszywe alibi. Walter po raz pierwszy rozumie, że jego starannie zaplanowana zbrodnia ma jednego niezwykle niebezpiecznego świadka.

Pani Kemp nie zamierza jednak natychmiast iść na policję. Podkreśla, że jest porządną kobietą i nie uważa się za szantażystkę, ale jednocześnie zaczyna mówić o wysokim czynszu, kosztach lekarza, codziennych wydatkach i utrzymaniu kota. Walter bez ogródek nazywa jej propozycję szantażem. Sąsiadka odpowiada, że w razie odmowy będzie musiała przekazać swoją wiedzę policji. Hannis ostatecznie zgadza się płacić jej dwadzieścia pięć dolarów tygodniowo, w każdy piątek. Pani Kemp zapewnia, że nigdy nie zażąda podwyżki, jak gdyby regularność i umiarkowana wysokość opłat mogły nadać całemu układowi pozory uczciwości.

Starsza kobieta przewidziała, że morderca może spróbować ją uciszyć. Sporządziła dokładny opis zabójstwa Marty, umieściła go w zapieczętowanej kopercie zaadresowanej do prokuratora okręgowego i powierzyła zaufanej osobie. Gdyby pani Kemp spotkało coś złego, przyjaciółka ma natychmiast wysłać list. Kobieta jest przekonana, że dzięki temu Walter nie odważy się jej skrzywdzić: jej śmierć automatycznie uruchomiłaby mechanizm ujawniający prawdę. Z pozoru to bardzo skuteczne zabezpieczenie, odbierające Hannisowi możliwość prostego pozbycia się świadka.

Podczas wizyty o wpół do szóstej rano Walter pojawia się jednak w mieszkaniu pani Kemp w rękawiczkach. Kobieta skarży się na wczesną porę i sugeruje, żeby następne koperty z pieniędzmi wkładał po prostu do jej skrzynki pocztowej. Hannis podchodzi do niezaświeconej kuchenki i odkręca gaz. Oświadcza, że mimo zabezpieczenia zdecydował się ją zabić. Nie zamierza powtarzać metody zastosowanej wobec Marty – druga kobieta wypadająca z okna tego samego budynku wzbudziłaby podejrzenia. Planuje ogłuszyć panią Kemp w sposób, który nie pozostawi wyraźnych śladów, a następnie pozwolić, by zginęła od gazu. Jej śmierć ma wyglądać na samobójstwo albo nieszczęśliwy wypadek. Scena urywa się podczas realizacji planu; wszystko wskazuje na to, że kobieta ginie.

Finał przenosi akcję do biura prokuratora. Sekretarka przyjmuje ogromną ilość korespondencji, a człowiekiem, który ją dostarcza, okazuje się Walter Hannis. Dopiero teraz zostaje ujawnione znaczenie jego codziennych pobudek o wpół do szóstej: Walter jest listonoszem. Kiedy sekretarka żartobliwie proponuje, żeby któregoś dnia zabrał jeden z listów i w ten sposób zmniejszył stertę pracy, Hannis odpowiada znacząco, że być może już to zrobił. Słuchowisko sugeruje więc, że przechwycił kopertę zawierającą zeznanie pani Kemp. Jej starannie przygotowane zabezpieczenie było od początku bezwartościowe, ponieważ dostarczenie dowodu powierzyła systemowi pocztowemu, nad którym kontrolę sprawował sam zabójca.
Nie jest to klasyczna zagadka typu „kto zabił”, gdyż tożsamość mordercy poznajemy niemal natychmiast. Napięcie wynika z pojedynku dwojga ludzi przekonanych o własnej przewadze. Pani Kemp posiada prawdę i próbuje zamienić ją w źródło stałego dochodu; Walter dysponuje natomiast opanowaniem, bezwzględnością i informacją, której sąsiadka nie wzięła pod uwagę. Finał odwraca pozorny układ sił i pozostawia widza ze złowrogim przypuszczeniem, że Hannis nie tylko popełnił drugie morderstwo, lecz także ponownie uniknie odpowiedzialności.

5/5 - (1 vote)

Cedric G. Gilford „Zeznanie”

Zeznanie

Utwór: Zeznanie

Autor: Cedric G. Gilford

Premiera: 25 marca 1970 Teatr Polskiego Radia

Przekład: Ewa Szumańska

Adaptacja: Ewa Szumańska

Reżyseria: Juliusz Owidzki

Realizacja akustyczna: Andrzej Pruski

Seria: Teatrzyk Zielone Oko

Czas trwania: 17’32”

Obsada

Leslynne Harwood – Ewa Kozłowska

Glenn Vickers – Kazimierz Meres

Jimmy Dent – Mieczysław Stoor

Sam Arnone – Andrzej Szczepkowski

Fabuła

Słuchowisko rozpoczyna się w kancelarii Sama Arnone’a, obrońcy skazanego włamywacza Jimmy’ego Denta. Sekretarka zapowiada niespodziewanego gościa: Glenna Vickersa, wpływowego człowieka, którego żona Audrey została zamordowana. Dent przebywa już w celi śmierci, a jego egzekucję wyznaczono na dwudziesty trzeci dzień miesiąca, na szóstą rano. Do wykonania wyroku pozostały niespełna dwa tygodnie, zaś Arnone wykorzystał wszystkie legalne możliwości ratunku: próbował podważyć werdykt, doprowadzić do rewizji procesu i uzyskać łaskę gubernatora. Vickers przychodzi jednak z propozycją, która mogłaby ocalić skazańcowi życie. Dzięki swoim wpływom politycznym i osobistej znajomości z gubernatorem jest gotów zabiegać o zamianę kary śmierci na dożywotnie więzienie – pod warunkiem, że Dent wreszcie przyzna się do zabójstwa Audrey.

Okoliczności zbrodni pozornie nie pozostawiają miejsca na wątpliwości. Dent dowiedział się, że małżonkowie Vickersowie planują weekendowy wyjazd, i włamał się do ich domu, przekonany, że będzie pusty. Przyznał się zarówno do włamania, jak i do obecności w gabinecie. Twierdził również, że zaskoczyła go tam kobieta, którą później uznał za Audrey Vickers. Przerażony uciekł, pozostawiając torbę z narzędziami; na jednym z nich znajdowały się jego odciski palców. Sam sprawca pracował wprawdzie w rękawiczkach, dlatego w domu nie pozostawił innych śladów, ale porzucona torba, kryminalna przeszłość i jego własna relacja stworzyły przeciwko niemu wyjątkowo mocny ciąg poszlak. Problem polega na tym, że Dent konsekwentnie przyznaje się wyłącznie do włamania. Utrzymuje, że kobieta żyła, kiedy uciekał, i że nawet jej nie dotknął.
Arnone ma powody, by traktować te zapewnienia poważnie. Dent jest zawodowym włamywaczem, lecz według jego obrońcy zawsze unikał „mokrej roboty”. Tymczasem Audrey nie została przypadkowo ogłuszona przez zaskoczonego przestępcę: morderca zadał jej wiele uderzeń pogrzebaczem kominkowym. Brutalność czynu sugeruje osobistą nienawiść, panikę albo gwałtowny wybuch emocji, a nie typowe zachowanie złodzieja, który chce jedynie unieszkodliwić świadka i uciec. Vickers odpowiada, że Dent mógł stracić nad sobą panowanie, ale adwokat nie ukrywa, iż uważa niewinność klienta przynajmniej za możliwą. Tym bardziej odpycha go pomysł, aby człowiek skazany za cudzą zbrodnię ratował życie, składając fałszywe zeznanie.

Sam Vickers również miał wyraźny motyw. Jego małżeństwo od dawna się rozpadało, a podczas procesu ujawniono romans z młodszą o piętnaście lat sekretarką, Leslynne Harwood. Vickers zamierzał poślubić kochankę i usiłował nakłonić Audrey do rozwodu, lecz żona nie wyrażała zgody. Według jego wersji małżonkowie mieli razem wyjechać na weekend, ale tuż przed podróżą pokłócili się. Vickers ruszył więc sam, po kilku godzinach zmienił zdanie i wrócił, aby spróbować dojść z Audrey do porozumienia. W domu zastał ją martwą przy kominku. Nie potrafi jednak udowodnić, gdzie znajdował się w krytycznym czasie: nie zatrzymywał się w motelu ani nie tankował po drodze. Chociaż został oczyszczony z podejrzeń, jego przeciwnicy polityczni nadal wykorzystują sprawę. Przyznanie się Denta uratowałoby zatem nie tylko skazańca przed egzekucją, lecz także karierę i reputację Vickersa. Arnone nazywa tę propozycję brudnym interesem; Vickers przyznaje, że tak właśnie jest, lecz przekonuje, że obaj mężczyźni walczą o swoje życie.

W celi śmierci Arnone przedstawia klientowi warunki. Próbuje go przekonać, że dożywocie pozostawia przynajmniej nadzieję: przy dobrym sprawowaniu może kiedyś pojawić się amnestia albo możliwość wcześniejszego zwolnienia. Dent nie ufa jednak tej obietnicy. Obawia się, że gdy tylko jego zeznanie oczyści Vickersa, wpływowy wdowiec straci zainteresowanie dalszym losem włamywacza. Dent spędzi wtedy resztę życia w więzieniu jako człowiek, który sam potwierdził fałszywe oskarżenie. Prosi Arnone’a o szczerą radę, lecz adwokat odpowiada, że może być jedynie pośrednikiem: wybór pomiędzy śmiercią a życiem opartym na kłamstwie musi należeć do samego skazańca. Dent raz jeszcze oznajmia, że Audrey nie zabił, i oskarża o morderstwo jej męża.

Adwokat każe mu ponownie odtworzyć włamanie, tym razem z najdrobniejszymi szczegółami. Dent wszedł przez okno do całkowicie ciemnego domu. Gdy dotarł do gabinetu, usłyszał za plecami lekki szmer, gwałtownie się odwrócił i na zaledwie sekundę skierował światło latarki na stojącą tam kobietę. Zapamiętał szczupłą, jasnowłosą postać, nieco wyższą od niego, oraz bardzo mocny i charakterystyczny zapach perfum. Po późniejszym obejrzeniu fotografii uznał, że spotkał Audrey, lecz widział twarz tylko w krótkim błysku światła. Nie potrafi również racjonalnie wytłumaczyć własnego przerażenia: kobieta była sama i bezbronna, a mimo to Dent rzucił wszystko i uciekł. Arnone zaczyna podejrzewać, że właśnie w tym pozornie mało ważnym wspomnieniu znajduje się element pominięty podczas procesu.

Vickers przychodzi następnie osobiście do celi. Odwołuje się do sumienia Denta i przekonuje, że przyznanie się do winy powinno przynieść mu moralną ulgę. Skazaniec odpowiada z gorzką ironią: Vickers jest wielkim człowiekiem, on zaś tylko drobnym włamywaczem, ale prawdy to nie zmienia. Dent sugeruje teraz, że Vickers mógł w ogóle nie wyjechać z domu. Być może ukrywał się w ciemności, obserwował włamanie, a później wykorzystał pozostawioną torbę, by zabić żonę i obciążyć przypadkowego intruza. Vickers zaprzecza, ponownie przedstawia historię nocnego powrotu i, zirytowany, opuszcza więzienie.

Po jego wyjściu Dent nagle uświadamia sobie coś niezwykle ważnego. Na Vickersie wyczuł ten sam zapach, który pamiętał z gabinetu. Początkowo uważa więc, że potwierdza to obecność męża Audrey w domu. Dla sądu sam zapach byłby jednak bardzo słabym dowodem. Arnone dostrzega inną możliwość. Każe klientowi sprawdzić, czy samochód Vickersa stoi jeszcze przed więzieniem, po czym wybiega i jedzie za nim. Vickers kieruje się prosto do mieszkania Leslynne Harwood. Adwokat zabiera z samochodu przenośny magnetofon i dopiero wtedy idzie na górę, przewidując, że za chwilę może paść rozstrzygające zeznanie.

W mieszkaniu Arnone oznajmia, że Dent przypomniał sobie charakterystyczny zapach. Podczas włamania uznał go za perfumy Audrey, lecz teraz poczuł go na Vickersie. Zaskoczony mężczyzna wyjaśnia, że tego ranka golił się właśnie u Leslynne i użył należącej do niej wody zapachowej. W jednej chwili rozumie całą intrygę: osoba widziana przez Denta w gabinecie nie była Audrey ani ukrywającym się Vickersem, lecz Leslynne. Kobieta znała plany weekendowego wyjazdu, ponieważ Glenn po kłótni z żoną zadzwonił do niej i powiedział, że jedzie sam. Wiedziała więc, że Audrey została w domu bez towarzystwa.

Przyciśnięta do muru Leslynne zaczyna się tłumaczyć. Twierdzi, że początkowo zamierzała jedynie porozmawiać z Audrey, nastraszyć ją i wymusić zgodę na rozwód. Miała klucz otrzymany od kochanka, dlatego weszła cicho do domu. Właśnie wtedy pojawił się Dent. Włamywacz oświetlił ją latarką, przeraził się i uciekł, zostawiając narzędzia oraz idealnego podejrzanego. Leslynne uznała ten zbieg okoliczności niemal za cud: mogła pozbyć się rywalki, mając pewność, że policja obciąży intruza. Po jego ucieczce zamordowała Audrey pogrzebaczem, wykorzystując brutalny przypadek jako gotową inscenizację winy.

Finał odwraca sens tytułu. Arnone wyjawia, że cała rozmowa została utrwalona na magnetofonie zabranym z samochodu. Vickers rzeczywiście otrzymuje upragnione zeznanie, ale nie od Jimmy’ego Denta i nie o winie włamywacza. Nagrane zostaje przyznanie się Leslynne, które powinno uratować Denta przed egzekucją, oczyścić Vickersa z podejrzenia o zabójstwo i skierować śledztwo przeciwko prawdziwej sprawczyni. Słuchowisko kończy się bez sądowego epilogu, lecz jego konsekwencje są jednoznaczne. O losie skazańca decyduje drobny szczegół zmysłowy – zapach – którego nie potrafiono prawidłowo zinterpretować, a „zeznanie” zostaje uzyskane dzięki temu, że adwokat na chwilę zamienia się w detektywa.

5/5 - (1 vote)