Krystyna Kofta „Pechowa środa”

Pechowa środa

Utwór: Pechowa środa

Autor: Krystyna Kofta

Premiera: 17 lipca 1988 Teatr Polskiego Radia

Reżyseria: Marek Kulesza

Realizacja akustyczna: Andrzej Brzoska

Inne emisje: 1989-08-28, 1994-03-12, 2002-06-21

Seria: Teatrzyk Zielone Oko

Czas trwania: 27’04″

Obsada

Siniałko: Marian Kociniak

Sędzia: Krzysztof Kumor

Milicjant: Tadeusz Grabowski

Porucznik: Marek Robaczewski

Sąsiadka: Krystyna Borowicz

Żona: Małgorzata Matuszewska

Mąż: Eugeniusz Robaczewski

oraz Krystian Tomczak i Jerzy Tkaczyk

Fabuła

Słuchowisko zatytułowane „Pechowa środa” rozpoczyna się w pewien niezwykle ponury, deszczowy, listopadowy dzień, kiedy to do jednej z kamienic przybywa oddział milicji. Funkcjonariusze, dowodzeni przez porucznika, stają przed koniecznością siłowego wyważenia drzwi do mieszkania, w którym rzekomo miało wydarzyć się coś złego. Wokół natychmiast gromadzą się ciekawscy sąsiedzi, którzy żywo dzielą się swoimi opiniami i wspomnieniami na temat lokatorów. Z ich prowadzonych na korytarzu rozmów wyłania się obraz 48-letniego mężczyzny, pieszczotliwie i nieco infantylnie nazywanego „Sinialko”, który uchodził w ich oczach za uosobienie spokoju oraz idealnego, w pełni posłusznego syna. Jego matka, rzekomo bardzo schorowana i wymagająca opieki kobieta, jest opisywana przez sąsiadów jako dystyngowana dama, nosząca się niczym królowa, która zawsze zakładała kapelusz i trzymała swojego dorosłego syna bardzo krótko. Ku całkowitemu zaskoczeniu zgromadzonych, po otwarciu drzwi okazuje się, że mieszkanie jest puste, a poszukiwany Sinialko z własnej woli udał się do Wydziału Zabójstw.

Kolejne sceny słuchowiska przenoszą słuchacza bezpośrednio przed oblicze wysokiego sądu lub do policyjnego pokoju przesłuchań, gdzie główny bohater składa bardzo obszerne, miejscami wręcz niepokojące zeznania. Sinialko ze szczegółami opowiada o swoim trudnym życiu pod absolutnym dyktando autorytarnej matki, która całkowicie go zdominowała, traktując dojrzałego mężczyznę jak bezradne, zaledwie czteroletnie dziecko. Mężczyzna przez piętnaście lat pracował na co dzień w laboratorium, gdzie zajmował się makabrycznym testowaniem różnego rodzaju trucizn na tysiącach szczurów, co drastycznie wpłynęło na jego psychikę i spowodowało ogromne znieczulenie emocjonalne. Wyznaje on przed wymiarem sprawiedliwości, że z biegiem lat przestał postrzegać swoją despotyczną matkę jako człowieka, a zaczął uważać ją za bezduszną maszynę, wadliwy mechanizm, który bezustannie go więzi. Do tej chorej wizji przyczyniły się w dużej mierze lektury samej ofiary, która namiętnie zaczytywała się w książkach o myślących robotach i fantastyce naukowej. W obłąkanym umyśle oskarżonego matka stała się nieludzkim tworem, który należało wyłączyć, by wreszcie uwolnić się spod jej jarzma.

Sama zbrodnia zostaje opisana przez Sinialkę w sposób niezwykle chłodny, beznamiętny i całkowicie pozbawiony jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Mężczyzna relacjonuje, że w pewien wtorkowy wieczór postanowił zadziałać i wykorzystał do tego celu śmiercionośne substancje, do których z racji zawodu miał nieograniczony dostęp w swoim laboratorium. Do miętowej herbaty, którą rutynowo parzył matce, wsypał równe trzy łyżeczki, czyli kilkadziesiąt gramów, trującego, białego proszku na szczury. Następnego ranka, w tytułową środę, wszedł do jej pokoju i zastał kobietę martwą, siedzącą nieruchomo w fotelu z szeroko otwartymi oczami. Zamiast jednak wpaść w histerię czy zgłosić sprawę na milicję, bohater wykazał się całkowitym, chorobowym odcięciem od rzeczywistości – zignorował znajdujące się w domu zwłoki, spokojnie ubrał się, wyszedł do pracy i jak gdyby nigdy nic wykonywał swoje codzienne obowiązki.

Po powrocie z pracy absurd tej makabrycznej sytuacji wcale się nie zakończył, a nabrał jeszcze mroczniejszych barw. Sinialko powrócił do mieszkania, w którym znajdowała się martwa matka, i udając normalność, przelał zupę na talerze. Dopiero po chwili zbliżył się do ciała, chwycił je mocno za szyję, co spowodowało ostatecznie, że martwa od wielu godzin kobieta bezwładnie osunęła się na podłogę. Podczas całego procesu przesłuchania oskarżony stanowczo i z pełnym przekonaniem zaprzecza tezie, jakoby dokonał morderstwa żywej osoby. W swoim głębokim urojeniu uparcie tłumaczy sądowi, że postąpił słusznie, gdyż jedynie „rozłączył maszynę” i „rozkręcił śrubę” mechanizmu, który nie pozwalał mu na samodzielne egzystowanie. Wobec tak rażących dowodów na jego oderwanie od rzeczywistości, sąd uznaje bohatera za osobę całkowicie niepoczytalną, decydując o odesłaniu go na zamknięte obserwacje oraz przymusowe leczenie psychiatryczne.

Akcja słuchowiska przenosi się w czasie o niemal trzy lata do przodu, kiedy to mieszkańcy kamienicy niespodziewanie odnotowują w swoim otoczeniu powrót niesławnego lokatora. Sinialko zostaje najwidoczniej uznany za na tyle zdrowego, by móc funkcjonować w społeczeństwie, jednak nie powraca do pustego mieszkania sam. Towarzyszy mu kobieta pracująca jako pielęgniarka, która zaopiekowała się nim w zakładzie zamkniętym i z którą pacjent zdążył wziąć ślub, oddając się tym samym pod jej wyłączną opiekę. Choć początkowo w okolicy mówi się, że mężczyzna ustatkował się, wyszedł na ludzi i zaczął uchodzić za wzorowego męża, z dialogów szybko przebija przerażająca prawda o dynamice tego nowego związku. Pielęgniarka z dnia na dzień zaczyna traktować go dokładnie w ten sam osaczający, despotyczny sposób, co niegdyś jego zmarła matka. Nowa żona wypomina mu nieustannie, komu zawdzięcza on upragnioną wolność, nakazuje bycie grzecznym i posłusznym, a nawet przejmuje protekcjonalny ton, zwracając się do niego tak samo znienawidzonym słowem: „Sinialko”.

Finał utworu spina całą fabułę w tragiczną i niezwykle pesymistyczną klamrę, ukazując fatum i niemożność wyrwania się bohatera z destrukcyjnych schematów. Ponownie nadchodzi listopad oraz tytułowa środa, a po okolicy znów rozlega się gwałtowna, głośna ulewa. Zaniepokojeni sąsiedzi nasłuchują dźwięków i pukania dochodzącego prosto z mieszkania Sinialki, desperacko próbując racjonalizować sytuację i zaklinając rzeczywistość, że ten człowiek na pewno nigdy nie uderzyłby kobiety. Dialog wieńczący słuchowisko zdradza jednak bezwzględną prawdę – pod drzwiami lokalu znów pojawia się milicja wraz z porucznikiem. Rozmówcy ze zrezygnowaniem konstatują mroczny finał powtórzonej historii, zauważając ironicznie, że sprawca „nie mógł wybrać sobie innego dnia” i że „on zawsze tak robi w środę, kiedy leje jak z cebra”. Sugeruje to jednoznacznie, że osaczony na nowo Sinialko nie wytrzymał presji psychicznej, ponownie użył przemocy i zamordował kolejną dominującą nad nim kobietę, zataczając tym samym pełne, zbrodnicze koło.

5/5 - (1 vote)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *