Archiwa tagu: Tuba

Marek Ławrynowicz „Tuba”

Tuba

Utwór: Tuba

Autor: Marek Ławrynowicz

Premiera: 22 listopada 1997 Teatr Polskiego Radia

Reżyseria: Paweł Łysak

Realizacja akustyczna: Andrzej Złomski

Ilustracja muzyczna: Marcin Błażewicz

Inne emisje: 2006-11-17

Czas trwania: 29’52”

Obsada

Listkiewicz: Bronisław Pawlik

Komisarz: Tomasz Zaliwski

Weremko: Witold Skaruch

Doktor: Lech Łotocki

Urzędnik: Stanisław Brudny

Pocialik: Wiesław Machowski

Fabuła

Słuchowisko rozpoczyna się podczas uroczystości pogrzebowej profesora Kazimierza Listkiewicza. Wewnątrz budynku płoną świece i unosi się zapach kadzidła, lecz docent Weremko pozostaje na zewnątrz, ponieważ cierpi na astmę i źle znosi panującą w środku atmosferę. Towarzyszy mu komisarz prowadzący wcześniej sprawę śmierci profesora. Policjant proponuje, aby Weremko jeszcze raz opowiedział wszystko od początku. Nazywa rozmowę jedynie nieformalnym przesłuchaniem, gdyż oficjalnie nie stwierdzono ani przestępstwa, ani nawet konkretnej przyczyny zgonu. Od pierwszych minut wiadomo zatem, że Listkiewicz nie żyje, natomiast zagadką pozostaje droga prowadząca do jego śmierci.

Weremko wraca pamięcią do 12 maja. Około czwartej nad ranem ktoś gwałtownie dobijał się do jego drzwi. Przybyszem okazał się profesor Listkiewicz – jego znajomy i kolega z Uniwersytetu Warszawskiego. Wyglądał tak, jakby przed chwilą zerwał się z łóżka i uciekał bez oglądania się za siebie. Był boso, miał na sobie koszulę nocną, włosy potargane, rękaw rozdarty, a na dłoni widniała krew. Najbardziej niepokojące było jednak jego zachowanie. Patrzył jakby obok Weremki, rozglądał się po ciemności i nie chciał przekroczyć progu. Wszedł dopiero wtedy, gdy docent ujął go za rękę i niemal siłą wprowadził do środka.

Takie zachowanie zupełnie nie pasowało do profesora. Listkiewicz nie należał do ekscentrycznych uczonych, którym otoczenie wybacza dziwactwa ze względu na ich pozycję. Przeciwnie – Weremko opisuje go jako człowieka spokojnego, zrównoważonego i wręcz „przerażająco normalnego”. Tym większe wrażenie robi jego nagła panika. Posadzony na kanapie profesor upewnia się, że nikt nie może podsłuchać rozmowy. Z najwyższym trudem wyznaje następnie, że w jego sypialni znajduje się tuba.

Weremko początkowo nie rozumie, dlaczego zwykły instrument muzyczny miałby wywołać taki strach. Listkiewicz wyjaśnia, że obudził się około kwadransa po trzeciej. Zwykle budził się o tej porze, żeby napić się wody, po czym ponownie zasypiał. Tym razem zapalił lampę i zobaczył na stoliku ogromną, lśniącą tubę. Instrument miał piękny, majestatyczny kształt i w pierwszej chwili nawet mu się spodobał. Dopiero po chwili profesor uświadomił sobie, że kiedy kładł się spać, tuby w pokoju nie było. Dom został dokładnie zamknięty, drzwi i okna były zabezpieczone, a Listkiewicz mieszkał sam. Nie potrafił więc znaleźć żadnego racjonalnego sposobu, w jaki tak wielki przedmiot mógł dostać się do sypialni.

To właśnie nie sama tuba, lecz niemożliwość jej obecności napełniła profesora „potwornym, zwierzęcym strachem”. Wybiegł z domu tak, jak stał, raniąc po drodze rękę, i bez świadomego planu pobiegł przed siebie. Instynktownie dotarł do mieszkania Weremki. Docent usiłuje go uspokoić. Twierdzi, że instrument musieli podrzucić studenci. Wyobraża sobie grupę młodych ludzi, którzy zdobyli gdzieś używaną tubę, wypili trochę piwa, a następnie postanowili urządzić poważnemu profesorowi absurdalny żart. Listkiewicz przyznaje, że takie wyjaśnienie brzmi rozsądnie, ale mimo to kategorycznie odmawia samodzielnego powrotu.

Weremko pożycza mu płaszcz i idzie razem z nim. Przed wejściem do własnego domu profesor ponownie odczuwa niewytłumaczalne zagrożenie. Nie chce przekroczyć progu pierwszy i ostrzega kolegę, aby zachował ostrożność. Docent otwiera drzwi, przeszukuje wnętrze i nie znajduje niczego niezwykłego. Nie ma śladów włamania, intruza ani obecności jakiejkolwiek zjawy. Jest to zwykły drewniany dom należący do uniwersyteckiego profesora. Dopiero w sypialni Weremko rzeczywiście widzi tubę – wielką, ciężką i materialną. Ocenia ją nawet jako piękny instrument, lecz nie odczuwa w jej obecności niczego groźnego.

Listkiewicz domaga się konkretnego rozwiązania. Nie potrafi zachowywać się tak, jakby nic się nie wydarzyło, i nie chce pozostać sam na sam z nieproszonym przedmiotem. Weremko proponuje więc zgłoszenie włamania na policji. Profesor udaje się na komisariat, gdzie komisarz poleca protokolantowi Jakubikowi spisać zeznanie. Początek rozmowy przypomina zwyczajne zawiadomienie o przestępstwie: padają personalia, zawód i adres Listkiewicza oraz informacja, że ktoś musiał nocą wejść do jego domu. Sytuacja przestaje być standardowa, kiedy policjant pyta, co zostało skradzione.

Profesor odpowiada, że nic nie zginęło – wręcz przeciwnie, coś przybyło. Ktoś włamał się po to, by pozostawić tubę. Komisarz nie potrafi dopasować zdarzenia do żadnej znanej mu kategorii. Wyjaśnia, że gdyby tubę ukradziono, policja miałaby podstawę do działania. Skoro jednak instrument podrzucono, trudno mówić o przestępstwie. Listkiewicz przypomina o samym włamaniu i obawia się również, że bezprawnie przetrzymuje cudzą własność. Policjant zapewnia go, że złożył już zeznanie i formalnie jest całkowicie zabezpieczony. Radzi poczekać na właściciela, a jeśli nikt się nie zgłosi – zatrzymać instrument. Profesor wychodzi bez żadnej rzeczywistej pomocy, a komisarz niemal natychmiast zapomina o sprawie.

Stan Listkiewicza szybko się pogarsza. Jeszcze tego samego dnia profesor pojawia się u lekarza uniwersyteckiego. Jest blady, wyczerpany i ma rozbite okulary, ponieważ w pośpiechu wpadł na szafę. Oznajmia, że nie może dłużej „mieszkać z tubą”. Lekarz próbuje sprowadzić problem do racjonalnych proporcji: instrument jest przecież martwym przedmiotem i nie może nikomu zagrozić. Proponuje, aby profesor po prostu wyrzucił go na śmietnik.

Listkiewicz przyznaje, że już tego próbował. Gdy zapadł wieczór, wyniósł tubę i pozostawił przy śmietniku. Przez moment był wolny, ale wtedy usłyszał nieznany głos nakazujący mu zabrać instrument z powrotem. Nie potrafi powiedzieć, czy głos dobiegał z zewnątrz, z jego własnej świadomości czy bezpośrednio od tuby. Wie tylko, że rozkazowi się podporządkował i ponownie przyniósł instrument do sypialni. Lekarz interpretuje to jako objaw wyczerpania lub załamania nerwowego. Daje profesorowi środek uspokajający, proponuje urlop w Szwajcarii albo Paryżu i podsuwa kolejne praktyczne rozwiązanie: oddanie tuby do biura rzeczy znalezionych.

W biurze Listkiewicz spotyka niezwykle gadatliwego urzędnika. Ten początkowo zachwyca się rozmiarem i wyglądem znaleziska. Opowiada historie o ludziach pozostawiających w domach towarowych marynarki, telewizory, wózki dziecięce, a nawet niemowlęta. Wspomina też garden party, po którym w ogrodzie znaleziono parasole, trzy buty pochodzące z różnych par, krawat w grochy i duży damski biustonosz. Wszystkie te przedmioty można było bez problemu przyjąć, ponieważ ktoś je zgubił, a ktoś inny uczciwie odnalazł.

Problem pojawia się, gdy urzędnik dowiaduje się, że Listkiewicz znalazł tubę we własnym, zamkniętym domu, w którym nie było żadnych gości. Według biurokratycznej logiki instrument nie może zostać przyjęty jako rzecz znaleziona, ponieważ nie wiadomo, kto miałby go wcześniej zgubić. Listkiewicz mieszka sam, więc tuba nie należy do innego domownika. Nie odbyło się też żadne przyjęcie ani koncert. Urzędnik powtarza, że przedmioty nie gubią się same – gubią je ludzie. Skoro zaś nie da się wskazać człowieka, który utracił instrument, biuro nie ma prawa go przyjąć. Przerażenie profesora spotyka się ostatecznie z podejrzliwością. Zostaje uznany nie za uczciwego znalazcę, lecz za „Bóg wie kogo” i wyrzucony wraz z tubą.

Po tej porażce profesor ponownie zwraca się do Weremki. Jego stosunek do instrumentu zaczyna się jednak zmieniać. Nadal chce się go pozbyć, lecz coraz częściej przypisuje mu szczególne znaczenie. Pyta, czy istnieją przedmioty różniące się od zwykłych rzeczy – takie jak Arka Przymierza albo Święty Graal. Tuba przestaje być dla niego jedynie śmiesznym, podrzuconym instrumentem. Zaczyna traktować ją jak przedmiot wybrany, obdarzony własną mocą albo narzucający właścicielowi określoną misję.

Weremko uznaje, że kolega zaczyna pogrążać się w obsesji. Zamiast wyjazdu do Paryża proponuje pobyt w sanatorium. Listkiewicz natychmiast rozumie, że został uznany za człowieka chorego psychicznie. Obraża się i wychodzi. Docent kontaktuje się z lekarzem, uzyskuje skierowanie i dzięki znajomościom błyskawicznie załatwia profesorowi miejsce, ale Listkiewicz odmawia wyjazdu. Nie można zmusić go do leczenia wbrew jego woli. Zaczyna unikać Weremki i innych znajomych, pozostając sam w domu z instrumentem.

Docent dochodzi wreszcie do wniosku, że jedynym ratunkiem będzie znalezienie osoby naprawdę potrzebującej tuby. Liczy, że dobrowolne i legalne przekazanie przedmiotu zakończy poczucie misji profesora oraz przywróci mu spokój. Poszukiwania okazują się trudniejsze, niż przewidywał. Instrumentu nie chce ani filharmonia, ani straż pożarna. W ogromnym mieście nie znajduje się nikt, kto potrzebowałby tuby.

Niespodziewanie do Weremki telefonuje Józef Pocialik, kierownik amatorskiej orkiestry dętej ze Skierniewic. Jego zespół pilnie poszukuje instrumentu, ponieważ dotychczasowy tubista – właściciel pizzerii – popadł w długi, uciekł z miasta i zabrał ze sobą swoją tubę. Pocialik ma już nawet skomplikowany plan przesunięcia muzyków między instrumentami: klarnecista może przejąć tubę, jego miejsce zajmie trębacz, a kolejnego wykonawcę zastąpi człowiek grający dotąd na trójkącie. Brakuje tylko samego instrumentu. Uszczęśliwiony Weremko podaje mu adres profesora, ostrzegając jedynie, że Listkiewicz stał się ostatnio nieco ekscentryczny.

Kiedy Pocialik pojawia się w domu, zastaje profesora zupełnie odmienionego. Listkiewicz jest niezwykle serdeczny, niemal euforyczny, i zachowuje się tak, jakby od dawna czekał właśnie na tego człowieka. Prowadzi go prosto do sypialni. Z dawnego lęku pozornie nic nie pozostało. Profesor nazywa tubę wspaniałą i majestatyczną, każe gościowi dotknąć jej powierzchni oraz podziwiać doskonałość kształtu. Człowiek, który wcześniej uciekał z własnego domu, teraz mówi o instrumencie jak o otaczanej czcią relikwii.

Pocialik początkowo również jest zachwycony. Pyta, czy może zadąć w tubę. Listkiewicz gorąco go do tego zachęca, oznajmiając nawet, że lubi tubę solo. Rozlega się długi, niski i ciężki dźwięk. Reakcja zawodowego muzyka jest natychmiastowa. Pocialik mówi, że instrument ma osobliwy ton, po czym dobiera coraz mocniejsze określenia: dźwięk jest „przerażający”, a wreszcie „złowróżbny”. Profesor odpowiada, że sam nie słyszy w nim niczego niezwykłego.

Ta różnica staje się najbardziej niepokojącym momentem opowieści. Na początku Listkiewicz jako jedyny wyczuwał zagrożenie, podczas gdy wszyscy inni widzieli w tubie zwykły przedmiot. Teraz to zewnętrzny obserwator rozpoznaje grozę jej głosu, natomiast profesor jest już na nią całkowicie niewrażliwy. Pocialik nagle przypomina sobie o rzekomym spotkaniu. Zapewnia, że zadzwoni i wróci po instrument, lecz jego nerwowe pożegnanie nie pozostawia wątpliwości – chce jedynie jak najszybciej uciec. Listkiewicz próbuje go zatrzymać i woła za nim, ale dyrygent opuszcza dom bez tuby.

Następnego dnia zaniepokojony Weremko idzie do profesora. Drzwi domu są otwarte. W sypialni znajduje Listkiewicza leżącego martwego na podłodze. Badania lekarskie nie wykazują żadnej przyczyny śmierci. Nie ma jednoznacznych obrażeń ani schorzenia, które tłumaczyłoby nagły zgon. Co więcej, z pokoju znika tuba.

W tym miejscu opowieść powraca do rozmowy przed pogrzebem. Komisarz przekonuje, że zniknięcie instrumentu można wyjaśnić banalnie: drzwi były otwarte, więc ktoś wszedł i zabrał wartościową tubę. Weremko odpowiada jednak najważniejszym pytaniem: ktoś mógł ją ukraść — ale po co? Policjant irytuje się, że docent najwyraźniej chce zasugerować, iż profesor umarł bez żadnego powodu, a tubę „diabli wzięli”. Weremko nie potwierdza tego wprost, lecz nie potrafi już wrócić do własnych wcześniejszych racjonalnych wyjaśnień. Rozmówcy dołączają do pogrzebu, pozostawiając tajemnicę nierozwiązaną.

Nie wiadomo, czy Listkiewicz padł ofiarą siły związanej z instrumentem, czy przeżył załamanie psychiczne, które doprowadziło go do śmierci. Nie wiadomo również, czy głos nakazujący zabranie tuby ze śmietnika istniał naprawdę. Najbardziej niepokojące jest to, że Pocialik niezależnie rozpoznał złowróżbny ton, którego profesor pod koniec już nie słyszał. Tuba mogła zatem zawładnąć swoim właścicielem, doprowadzić go do śmierci, a następnie zniknąć, być może w poszukiwaniu kolejnej osoby. Słuchowisko nie rozstrzyga tego dylematu i kończy się dokładnie tam, gdzie surrealistyczna komedia o bezradności policji, medycyny i urzędów zmienia się ostatecznie w metafizyczny horror.

5/5 - (1 vote)