Archiwa tagu: WiNny bohater

Andrzej Zajdel „WiNny bohater”

WiNny bohater

Utwór: WiNny bohater

Autor: Andrzej Zajdel

Premiera: 11 listopada 2007 Teatr Polskiego Radia

Reżyseria: Jan Warenycia

Realizacja akustyczna: Jerzy Dziobak

Muzyka: Tomasz Benn

Inne emisje: 2008-07-10

Czas trwania: 49’28”

Obsada

Pułkownik Różański: Robert Chodur

Narrator: Andrzej Ferenc

Szmid/Strażnik II: Paweł Gładyś

Oficer śledczy II – Warszawa: Paweł Kacprzycki

Ubek krakowski/Śledczy II – Katowice: Marek Kępiński

Oficer śledczy I – Warszawa: Wojciech Kwiatkowski

Podpułkownik Łukasz Ciepliński „Pług”: Łukasz Lewandowski

Oficer śledczy III – Warszawa: Adam Mężyk

Major Franek: Mieczysław Napieraj

Akowiec „Wojtek”: Dawid Rafalski

Pułkownik Kazek: Ryszard Szetela

Maszynistka: Agnieszka Wilkosz

Śledczy I – Katowice/Strażnik I: Paweł Wiśniewski

Fabuła

Słuchowisko rozpoczyna się współcześnie, rozmową dwóch podstarzałych, emerytowanych funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa – Kazka i Franka. Dowiadują się oni, że prezydent Polski uhonorował pośmiertnie Orderem Orła Białego podpułkownika Łukasza Cieplińskiego, przed laty jednego z najważniejszych ludzi antykomunistycznego podziemia. Wiadomość nie wywołuje w nich refleksji ani poczucia winy. Przeciwnie: ironizują na temat „nowego bohatera”, wspominają dawnych kolegów z aparatu i czasy, kiedy ludzie pokroju Cieplińskiego znajdowali się całkowicie w ich władzy. Dla obu mężczyzn śledztwa, więzienia i brutalne przesłuchania są częścią minionej epoki, do której wracają niemal z nostalgią. Ta współczesna rozmowa staje się ramą całego słuchowiska, pokazując, że opowieść będzie dotyczyć nie tylko przeszłości Cieplińskiego, lecz również późniejszej bezkarności jego prześladowców.

Akcja przenosi się do krakowskiego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w październiku 1947 roku. Od dwóch tygodni śledczy przesłuchują i biją zatrzymanego konspiratora posługującego się pseudonimem „Wojtek”. Chcą wydobyć od niego prawdziwe nazwisko i adres człowieka kierującego Zrzeszeniem „Wolność i Niezawisłość”. „Wojtek” długo nie daje im wystarczających informacji, dlatego funkcjonariusze konfrontują go z innym aresztowanym, znanym pod pseudonimem „Łucja”. Pod presją, po wielu dniach przemocy i wyczerpania, pojawia się wreszcie trop: nazwisko „Kaczmarek”, będące panieńskim nazwiskiem matki poszukiwanego dowódcy. Słuchowisko nie przedstawia tych złamanych ludzi jako dobrowolnych zdrajców. Pokazuje ich jako kolejne ogniwa łańcucha aresztowań, który UB buduje za pomocą tortur, wzajemnych konfrontacji i drobnych informacji, niekiedy pozornie pozbawionych znaczenia.

Wieczorem 27 listopada 1947 roku funkcjonariusze zatrzymują w Katowicach mężczyznę przedstawiającego się jako Marian Kaczmarek, kupiec zamieszkały w Zabrzu. Znajdują przy nim fałszywe dokumenty, niewielką sumę dolarów i obrazki religijne. Szybko ustalają, że aresztowany nie jest zwykłym handlarzem. To podpułkownik Łukasz Ciepliński, używający w konspiracji pseudonimów „Pług”, „Ostrowski” i „Bogdan”, prezes IV Zarządu Głównego WiN. Następnego dnia zostaje formalnie wszczęte śledztwo. Dla bezpieki jest to wielki sukces: w jej ręce wpada człowiek stojący na czele ogólnopolskiej organizacji, utrzymującej łączność z Zachodem i gromadzącej informacje o sytuacji w opanowanym przez komunistów kraju.

Pierwsze przesłuchania mają jeszcze stosunkowo oficjalną, niemal urzędową formę. Ciepliński przedstawia swoją drogę od Armii Krajowej i inspektoratu rzeszowskiego, przez działalność w krakowskim obszarze konspiracji, aż po objęcie kierownictwa nad całym WiN po aresztowaniu poprzednich dowódców. Podaje jednak przede wszystkim pseudonimy, unikając prawdziwych nazwisk. Każda jego odpowiedź jest próbą zachowania równowagi: musi mówić na tyle dużo, by nie sprowokować natychmiastowej eskalacji przemocy, lecz zarazem nie może przekazać wiadomości, które doprowadziłyby do kolejnych aresztowań. Śledczy doskonale rozumieją tę taktykę. Wiedzą również, że złamanie samego Cieplińskiego mogłoby otworzyć im drogę do rozbicia resztek całej organizacji.

Po krótkim pobycie w krakowskim ośrodku operacyjnym Ciepliński zostaje przewieziony samolotem do Warszawy. Podczas podróży i pierwszych chwil w mokotowskim więzieniu w jego myślach powracają kolejni aresztowani. Próbuje odtworzyć drogę, którą bezpieka dotarła do niego, zastanawia się, kto już znajduje się w więzieniu i które punkty organizacji zostały zdekonspirowane. Zdaje sobie sprawę, że UB dysponuje znacznie większą wiedzą, niż początkowo przypuszczał. Nie wie natomiast, które informacje pochodzą z wymuszonych zeznań, a które z przejętych archiwów albo wcześniejszej obserwacji.

Do zasadniczej rozgrywki przystępuje pułkownik Józef Różański. Nie zaczyna od jawnych gróźb. Przemawia do Cieplińskiego jak oficer do oficera, chwali jego wojenne doświadczenie i umiejętności konspiracyjne, udaje szacunek dla jego poczucia odpowiedzialności. Przekonuje go, że podziemie zostało już pokonane i dalszy opór nie może niczego zmienić, może natomiast spowodować kolejne cierpienia. Proponuje przeprowadzenie kontrolowanego, odgórnego ujawnienia organizacji. Ludzie WiN mieliby złożyć wyjaśnienia, zadeklarować lojalność wobec państwa, a następnie powrócić do domów bez procesów i represji. Ciepliński mógłby również wpłynąć na zagraniczną delegaturę organizacji i doprowadzić do zakończenia jej działalności.

Ciepliński odnosi się do propozycji nieufnie. Podkreśla, że aresztowany dowódca traci możliwość swobodnego podejmowania decyzji w imieniu organizacji. Różański trafia jednak w jego najczulszy punkt: odpowiedzialność za podkomendnych. Przypomina przypadki ludzi, którym rzekomo okazano łaskę, i sugeruje, że dzięki współpracy można uratować setki osób. Ciepliński chce pisemnego porozumienia, które zobowiązywałoby obie strony i gwarantowało szybkie przeprowadzenie ujawnienia. Wie, że ryzykuje, lecz perspektywa ocalenia ludzi, za których czuje się odpowiedzialny, okazuje się silniejsza od troski o własny los.

Rozpoczyna więc rozmowy o strukturze WiN, kontaktach z ambasadą amerykańską i poselstwem belgijskim, łączności z Londynem, przekazywanych raportach, pieniądzach oraz miejscach spotkań. Nie robi tego dla osobistych korzyści ani w nadziei na uwolnienie. Jest przekonany, że uczestniczy w operacji, która umożliwi bezkrwawe zakończenie działalności organizacji. Właśnie dlatego podstęp Różańskiego jest tak skuteczny: nie wykorzystuje strachu Cieplińskiego przed śmiercią, lecz jego poczucie obowiązku wobec innych. Człowiek przyzwyczajony do brania odpowiedzialności za podkomendnych zostaje zwabiony możliwością ich uratowania.

Wkrótce słuchacz poznaje prawdziwe intencje bezpieki. Podczas wewnętrznej narady funkcjonariusze mówią otwarcie, że żadnego uczciwego ujawnienia nie zamierzają przeprowadzić. Potrzebują kolejnych adresów, nazwisk, tras kurierskich, punktów radiowych i skrytek. Jeśli Ciepliński zacznie pytać, dlaczego ujawnieni ludzie nie wychodzą na wolność, należy odpowiadać, że procedura wymaga czasu. Szczególnie cenne mają być informacje o osobach znajdujących się wewnątrz komunistycznej partii lub dawnej Armii Ludowej, które mogły współpracować z WiN. Funkcjonariusze zastrzegają jednak, że rzeczywistego celu poszukiwań nie wolno wpisywać do protokołów. Śledztwo od początku ma zatem dwie warstwy: oficjalny zapis i ukrytą operację służącą dalszemu rozbijaniu podziemia.

Do narracji ponownie wkraczają emerytowani ubecy. Jeden z nich chełpi się, że miał kiedyś „Pługa pod ręką”. Opowiada o tak zwanym konwejerze – nieprzerwanym przesłuchiwaniu przez zmieniające się zespoły śledczych. Więzień przez wiele dób nie może spać, siedzieć ani odzyskać orientacji w czasie. Ciepliński jest bity tak dotkliwie, że traci słuch; jeden z oprawców ma nawet zwichnąć kciuk, uderzając go w szczękę. W tej makabrycznej przechwałce pojawia się jednak mimowolne przyznanie, że więzień w porę rozpoznał oszustwo. Gdy zrozumiał, że obiecywane ujawnienie jest fikcją, zaczął mówić wyłącznie o ludziach już aresztowanych, spalonych albo znajdujących się poza zasięgiem aparatu.

Od tej chwili śledztwo przybiera otwarcie brutalną postać. Cieplińskiemu odbiera się krzesło i możliwość pisania do żony. Kolejni oficerowie bez końca pytają o ludzi ukrytych pod pseudonimami, o sieć terenową i o planowaną akcję odwetową przeciwko ministrowi bezpieczeństwa Stanisławowi Radkiewiczowi. Ciepliński wyjaśnia, że propozycja zamachu została odrzucona i nie dopuszczono do jej wykonania. Śledczy nie szukają jednak prawdy. Otwarcie zapowiadają, że zrobią z niego najpierw mordercę, a następnie zdrajcę. Zarzut nie ma wynikać z faktów – to fakty mają zostać dopasowane do przygotowanego wcześniej zarzutu.
Więzień zostaje poddany wielogodzinnym „stójkom”. Rozebrany, wyczerpany i pozbawiony snu musi stać nocą przy otwartych drzwiach celi, a o świcie wraca na przesłuchanie. Funkcjonariusze żądają kolejnych rekonstrukcji przejętych walizek i archiwów. Kiedy odpowiada, że nie pamięta, informują go, iż jego mały syn umarł, a żona została aresztowana jako członkini bandy. Grożą karcerem, uszkodzeniem oka i dalszymi torturami. Używają prądu, zwiększając jego natężenie, aż Ciepliński traci przytomność i zostaje wyniesiony w kocu. Przemoc fizyczna łączy się z precyzyjnie obliczoną przemocą psychiczną: śledczy próbują odebrać mu przekonanie, że poza więzieniem pozostało jeszcze cokolwiek, co warto chronić.

Wśród krzyków, pytań i modlitw rozgrywa się niewidoczna walka o granice wiedzy bezpieki. Ciepliński próbuje rozpoznać, jakie wiadomości funkcjonariusze już mają i które nazwiska zostały wcześniej ujawnione. Jego powtarzane „nie wiem” i „nie pamiętam” nie oznacza kapitulacji umysłu. Jest ostatnim dostępnym sposobem osłaniania innych. Pod wpływem bólu czasami udziela odpowiedzi, ale stara się tak dobierać informacje, by nie doprowadziły one do ludzi pozostających jeszcze na wolności. Słuchowisko pokazuje, że opór w takiej sytuacji nie polega na efektownym milczeniu, lecz na ciągłym podejmowaniu dramatycznych decyzji przy skrajnie ograniczonej świadomości sytuacji.

Szczególne znaczenie ma przesłuchanie dotyczące wydarzenia z 1943 roku i śmierci dwóch radzieckich oficerów. Ciepliński wyjaśnia, że podczas narady większość opowiedziała się za ich uwolnieniem i że właśnie taki rozkaz wydał. Po jego odejściu podkomendny posługujący się pseudonimem „Sokół” samowolnie rozstrzelał jeńców. Ciepliński ukarał go przeniesieniem i degradacją, nie zastosował jednak surowszej sankcji. Ten epizod nie jest pominięty ani wygładzony. Bohater musi zmierzyć się z pytaniem o odpowiedzialność dowódcy także za czyny popełnione wbrew jego rozkazowi. Aparat bezpieczeństwa usuwa jednak wszystkie okoliczności sprawy i przekształca skomplikowany wojenny przypadek w prosty dowód rzekomego morderstwa.

W rozmowie dawnych ubeków zostaje wyjaśniony tytuł słuchowiska. W aparacie Cieplińskiego nazywano czasami „WiNnym herojem”: „WiNnym”, ponieważ stał na czele Zrzeszenia WiN, a zarazem „winnym” w sensie człowieka, którego komunistyczne państwo postanowiło skazać. Nawet funkcjonariusze przyznawali między sobą, że podczas konwejera właściwie nikogo nie wydał. Jeśli podawał nazwiska, dotyczyły osób, którym nie mógł już zaszkodzić. Jednemu z emerytów na chwilę udaje się dostrzec moralny wymiar jego postawy, ale natychmiast próbuje ustanowić fałszywą symetrię, mówiąc, że funkcjonariusze również wierzyli w swoją sprawę. Drugi zbywa wątpliwości stwierdzeniem, że więzień otrzymał to, na co zasłużył.

Kolejną część słuchowiska zajmuje pokazowy proces IV Zarządu Głównego WiN. Radiowe komunikaty przedstawiają oskarżonych jako amerykańskich szpiegów, dywersantów, zdrajców i płatnych agentów zagranicznego kapitału. Jeden ze starych funkcjonariuszy wspomina, że siedział na widowni i podziwiał, jak sprawnie proces został „ułożony”. Autorzy słuchowiska ujawniają mechanizm powstawania propagandowego widowiska. Pytanie zadane Cieplińskiemu rano zostaje połączone w radiowym materiale z odpowiedzią udzieloną po południu w zupełnie innym kontekście. Usunięcie części wypowiedzi sprawia, że jego słowa zaczynają znaczyć coś przeciwnego – między innymi sugerują odpowiedzialność za egzekucję radzieckich oficerów, chociaż rzeczywiście wydał rozkaz ich uwolnienia.

Przed sądem Ciepliński usiłuje odwołać zeznania. Mówi, że podczas śledztwa leżał we własnej krwi i nie był w stanie kontrolować treści sporządzanych protokołów. Oświadcza wprost, że przypisywane mu wypowiedzi nie są jego zeznaniami. Przewodniczący składu i prokurator nie pozwalają mu rozwinąć tego wątku. Proces nie ma przecież ustalić prawdy, lecz zatwierdzić prawdę przygotowaną wcześniej przez śledczych. Jeden z emerytowanych ubeków przyznaje, że obserwując Cieplińskiego na sali, zastanawiał się, czy sam potrafiłby zachować podobną odwagę. Uspokoił się jednak myślą, że nigdy nie znalazłby się na miejscu ofiary, ponieważ stał po „właściwej stronie”. Zapytany po latach, czy nadal tak uważa, odpowiada wymijająco: jakie ma to teraz znaczenie?

Mowa oskarżycielska staje się kulminacją propagandowego spektaklu. Prokurator opowiada o „lokajach reakcji”, sanacyjnych oficerach, wrogach Związku Radzieckiego i ludziach przygotowujących nową wojnę na rozkaz anglo-amerykańskich mocodawców. Dla Cieplińskiego i jego współtowarzyszy żąda kar śmierci. Język oskarżenia całkowicie odczłowiecza podsądnych: nie są ludźmi z konkretnymi życiorysami, motywacjami i dylematami, lecz typami wrogów potrzebnymi do potwierdzenia oficjalnej wizji rzeczywistości.

W ostatnim słowie Ciepliński nie przedstawia się jako człowiek bezbłędny. Mówi, że niektórych swoich działań żałuje i niektórych się wstydzi. Stanowczo odrzuca jednak zarzut morderstwa i zdrady. Przypomina, że nikogo nie zabił, a swoje życie już w młodości ofiarował Polsce. Określa własny los jako część tragedii całego pokolenia: łatwo było wejść do konspiracji, lecz niezwykle trudno ją opuścić w chwili klęski; łatwo rozstać się ze sprawą po zwycięstwie, o wiele trudniej porzucić ją, gdy wszystko zostało przegrane. Zapewnia, że nie dopuścił się „czynu kainowego” i nie splamił świadomie rąk bratnią krwią. Jego heroizm nie wynika więc z braku wątpliwości, lecz ze zdolności zachowania moralnej granicy mimo świadomości własnych błędów.

Wyrok skazuje go między innymi na pięciokrotną karę śmierci. Naczelny Sąd Wojskowy nie uwzględnia skargi rewizyjnej, a 20 lutego 1951 roku Bolesław Bierut odmawia prawa łaski. Ostatnie tygodnie życia Cieplińskiego zostają pokazane poprzez grypsy kierowane do żony Wisławy, nazywanej Wisią, i małego syna Andrzeja. Pisze, że uczyniono z niego zbrodniarza i zdrajcę, choć żona najlepiej wie, że nigdy świadomie nikogo nie skrzywdził. Jednocześnie zachowuje spokój i wiarę, że Polska odzyska niepodległość, zwycięży prawda, a podeptana godność człowieka zostanie kiedyś przywrócona.

Szczególnie przejmujące są słowa skierowane do żony. Ciepliński przeprasza ją, że poświęcił jej tak mało czasu, a wszystkie wspólnie przeżyte chwile wspomina jako świętość. Prosi, by kochała Andrzeja za nich oboje, lecz zarazem go nie rozpieszczała. Synowi pozostawia duchowy testament: ma kochać Boga i Polskę, opiekować się matką, a za najważniejsze zasady przyjąć dobro, prawdę, sprawiedliwość i miłość. To właśnie te prywatne słowa podważają propagandowy obraz bezdusznego szpiega i terrorysty. Państwo może narzucić mu procesową rolę, ale nie potrafi zniszczyć jego relacji z najbliższymi ani odebrać mu prawa do określenia sensu własnego życia.

Po południu 1 marca 1951 roku w zatłoczonej celi mokotowskiego więzienia pojawia się strażnik z listą. Wywołani więźniowie mają zebrać rzeczy osobiste i związać drobiazgi w niewielki węzełek. Pada nazwisko Cieplińskiego i rozkaz wyjścia. Scena jest bardzo oszczędna: nie ma uroczystego pożegnania ani wielkich gestów. Towarzyszy jej głos odczytujący testament dla syna. Ciepliński zostaje wyprowadzony do piwnicy jednego z więziennych budynków gospodarczych i zastrzelony o godzinie dwudziestej. Następnie, w kilkuminutowych odstępach, giną Adam Lazarowicz, Mieczysław Kawalec, Franciszek Błażej, Karol Chmiel, Józef Rzepka i Józef Batory.

Ciała zabitych zostają potajemnie wywiezione i wrzucone do nieoznaczonego dołu, zasypanego ziemią i kamieniami. Słuchowisko podaje, że miejsce pochówku pozostaje nieznane; jako prawdopodobne wskazuje Służew. Dopiero 17 września 1992 roku sąd unieważnia wyrok wydany na Cieplińskiego i pozostałych członków IV Zarządu Głównego WiN. Prawna rehabilitacja następuje jednak po dziesięcioleciach i nie może przywrócić życia zamordowanym ani oddać ich rodzinom miejsc, w których mogłyby ich pochować.

Finał ponownie przenosi akcję do czasów współczesnych. W radiu pojawia się relacja z plenerowej wystawy „Twarze rzeszowskiej bezpieki”, pokazującej fotografie dawnych funkcjonariuszy. Kazek i Franek odkrywają, że ich własne twarze zostały wystawione na widok publiczny. Nie przejmują się cierpieniem ofiar; obawiają się przede wszystkim, że rozpoznają ich sąsiedzi. Pocieszają się, że publiczne pokazanie zdjęć jest i tak lepsze niż wezwanie do sądu. Gdy jeden z nich zastanawia się, co powiedziałby podczas ewentualnego procesu, drugi podsuwa gotową odpowiedź: „nic nie pamiętam”.

Ostatnie słowa zamykają konstrukcję słuchowiska wyjątkowo gorzką klamrą. Podczas tortur Ciepliński mówił „nie pamiętam”, aby chronić pozostających na wolności ludzi. Po latach identycznej formuły chce użyć oprawca, aby ochronić samego siebie przed odpowiedzialnością. Tytułowy bohater był „WiNny”, ponieważ należał do WiN; został uznany za winnego przez podporządkowany władzy sąd; okazał się jednak bohaterem w pamięci tych, których próbował ocalić. Aparat bezpieczeństwa zdołał odebrać mu wolność, życie i dobre imię, lecz ostatecznie nie zdołał utrzymać stworzonego przez siebie wyroku moralnego. Zwycięstwo pamięci pozostaje przy tym niepełne, ponieważ większość sprawców nigdy nie poniosła rzeczywistej kary.

5/5 - (1 vote)