Archiwum kategorii: Teatr Polskiego Radia

Teatr Polskiego Radia

Andrzej Zajdel „WiNny bohater”

WiNny bohater

Utwór: WiNny bohater

Autor: Andrzej Zajdel

Premiera: 11 listopada 2007 Teatr Polskiego Radia

Reżyseria: Jan Warenycia

Realizacja akustyczna: Jerzy Dziobak

Muzyka: Tomasz Benn

Inne emisje: 2008-07-10

Czas trwania: 49’28”

Obsada

Pułkownik Różański: Robert Chodur

Narrator: Andrzej Ferenc

Szmid/Strażnik II: Paweł Gładyś

Oficer śledczy II – Warszawa: Paweł Kacprzycki

Ubek krakowski/Śledczy II – Katowice: Marek Kępiński

Oficer śledczy I – Warszawa: Wojciech Kwiatkowski

Podpułkownik Łukasz Ciepliński „Pług”: Łukasz Lewandowski

Oficer śledczy III – Warszawa: Adam Mężyk

Major Franek: Mieczysław Napieraj

Akowiec „Wojtek”: Dawid Rafalski

Pułkownik Kazek: Ryszard Szetela

Maszynistka: Agnieszka Wilkosz

Śledczy I – Katowice/Strażnik I: Paweł Wiśniewski

Fabuła

Słuchowisko rozpoczyna się współcześnie, rozmową dwóch podstarzałych, emerytowanych funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa – Kazka i Franka. Dowiadują się oni, że prezydent Polski uhonorował pośmiertnie Orderem Orła Białego podpułkownika Łukasza Cieplińskiego, przed laty jednego z najważniejszych ludzi antykomunistycznego podziemia. Wiadomość nie wywołuje w nich refleksji ani poczucia winy. Przeciwnie: ironizują na temat „nowego bohatera”, wspominają dawnych kolegów z aparatu i czasy, kiedy ludzie pokroju Cieplińskiego znajdowali się całkowicie w ich władzy. Dla obu mężczyzn śledztwa, więzienia i brutalne przesłuchania są częścią minionej epoki, do której wracają niemal z nostalgią. Ta współczesna rozmowa staje się ramą całego słuchowiska, pokazując, że opowieść będzie dotyczyć nie tylko przeszłości Cieplińskiego, lecz również późniejszej bezkarności jego prześladowców.

Akcja przenosi się do krakowskiego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w październiku 1947 roku. Od dwóch tygodni śledczy przesłuchują i biją zatrzymanego konspiratora posługującego się pseudonimem „Wojtek”. Chcą wydobyć od niego prawdziwe nazwisko i adres człowieka kierującego Zrzeszeniem „Wolność i Niezawisłość”. „Wojtek” długo nie daje im wystarczających informacji, dlatego funkcjonariusze konfrontują go z innym aresztowanym, znanym pod pseudonimem „Łucja”. Pod presją, po wielu dniach przemocy i wyczerpania, pojawia się wreszcie trop: nazwisko „Kaczmarek”, będące panieńskim nazwiskiem matki poszukiwanego dowódcy. Słuchowisko nie przedstawia tych złamanych ludzi jako dobrowolnych zdrajców. Pokazuje ich jako kolejne ogniwa łańcucha aresztowań, który UB buduje za pomocą tortur, wzajemnych konfrontacji i drobnych informacji, niekiedy pozornie pozbawionych znaczenia.

Wieczorem 27 listopada 1947 roku funkcjonariusze zatrzymują w Katowicach mężczyznę przedstawiającego się jako Marian Kaczmarek, kupiec zamieszkały w Zabrzu. Znajdują przy nim fałszywe dokumenty, niewielką sumę dolarów i obrazki religijne. Szybko ustalają, że aresztowany nie jest zwykłym handlarzem. To podpułkownik Łukasz Ciepliński, używający w konspiracji pseudonimów „Pług”, „Ostrowski” i „Bogdan”, prezes IV Zarządu Głównego WiN. Następnego dnia zostaje formalnie wszczęte śledztwo. Dla bezpieki jest to wielki sukces: w jej ręce wpada człowiek stojący na czele ogólnopolskiej organizacji, utrzymującej łączność z Zachodem i gromadzącej informacje o sytuacji w opanowanym przez komunistów kraju.

Pierwsze przesłuchania mają jeszcze stosunkowo oficjalną, niemal urzędową formę. Ciepliński przedstawia swoją drogę od Armii Krajowej i inspektoratu rzeszowskiego, przez działalność w krakowskim obszarze konspiracji, aż po objęcie kierownictwa nad całym WiN po aresztowaniu poprzednich dowódców. Podaje jednak przede wszystkim pseudonimy, unikając prawdziwych nazwisk. Każda jego odpowiedź jest próbą zachowania równowagi: musi mówić na tyle dużo, by nie sprowokować natychmiastowej eskalacji przemocy, lecz zarazem nie może przekazać wiadomości, które doprowadziłyby do kolejnych aresztowań. Śledczy doskonale rozumieją tę taktykę. Wiedzą również, że złamanie samego Cieplińskiego mogłoby otworzyć im drogę do rozbicia resztek całej organizacji.

Po krótkim pobycie w krakowskim ośrodku operacyjnym Ciepliński zostaje przewieziony samolotem do Warszawy. Podczas podróży i pierwszych chwil w mokotowskim więzieniu w jego myślach powracają kolejni aresztowani. Próbuje odtworzyć drogę, którą bezpieka dotarła do niego, zastanawia się, kto już znajduje się w więzieniu i które punkty organizacji zostały zdekonspirowane. Zdaje sobie sprawę, że UB dysponuje znacznie większą wiedzą, niż początkowo przypuszczał. Nie wie natomiast, które informacje pochodzą z wymuszonych zeznań, a które z przejętych archiwów albo wcześniejszej obserwacji.

Do zasadniczej rozgrywki przystępuje pułkownik Józef Różański. Nie zaczyna od jawnych gróźb. Przemawia do Cieplińskiego jak oficer do oficera, chwali jego wojenne doświadczenie i umiejętności konspiracyjne, udaje szacunek dla jego poczucia odpowiedzialności. Przekonuje go, że podziemie zostało już pokonane i dalszy opór nie może niczego zmienić, może natomiast spowodować kolejne cierpienia. Proponuje przeprowadzenie kontrolowanego, odgórnego ujawnienia organizacji. Ludzie WiN mieliby złożyć wyjaśnienia, zadeklarować lojalność wobec państwa, a następnie powrócić do domów bez procesów i represji. Ciepliński mógłby również wpłynąć na zagraniczną delegaturę organizacji i doprowadzić do zakończenia jej działalności.

Ciepliński odnosi się do propozycji nieufnie. Podkreśla, że aresztowany dowódca traci możliwość swobodnego podejmowania decyzji w imieniu organizacji. Różański trafia jednak w jego najczulszy punkt: odpowiedzialność za podkomendnych. Przypomina przypadki ludzi, którym rzekomo okazano łaskę, i sugeruje, że dzięki współpracy można uratować setki osób. Ciepliński chce pisemnego porozumienia, które zobowiązywałoby obie strony i gwarantowało szybkie przeprowadzenie ujawnienia. Wie, że ryzykuje, lecz perspektywa ocalenia ludzi, za których czuje się odpowiedzialny, okazuje się silniejsza od troski o własny los.

Rozpoczyna więc rozmowy o strukturze WiN, kontaktach z ambasadą amerykańską i poselstwem belgijskim, łączności z Londynem, przekazywanych raportach, pieniądzach oraz miejscach spotkań. Nie robi tego dla osobistych korzyści ani w nadziei na uwolnienie. Jest przekonany, że uczestniczy w operacji, która umożliwi bezkrwawe zakończenie działalności organizacji. Właśnie dlatego podstęp Różańskiego jest tak skuteczny: nie wykorzystuje strachu Cieplińskiego przed śmiercią, lecz jego poczucie obowiązku wobec innych. Człowiek przyzwyczajony do brania odpowiedzialności za podkomendnych zostaje zwabiony możliwością ich uratowania.

Wkrótce słuchacz poznaje prawdziwe intencje bezpieki. Podczas wewnętrznej narady funkcjonariusze mówią otwarcie, że żadnego uczciwego ujawnienia nie zamierzają przeprowadzić. Potrzebują kolejnych adresów, nazwisk, tras kurierskich, punktów radiowych i skrytek. Jeśli Ciepliński zacznie pytać, dlaczego ujawnieni ludzie nie wychodzą na wolność, należy odpowiadać, że procedura wymaga czasu. Szczególnie cenne mają być informacje o osobach znajdujących się wewnątrz komunistycznej partii lub dawnej Armii Ludowej, które mogły współpracować z WiN. Funkcjonariusze zastrzegają jednak, że rzeczywistego celu poszukiwań nie wolno wpisywać do protokołów. Śledztwo od początku ma zatem dwie warstwy: oficjalny zapis i ukrytą operację służącą dalszemu rozbijaniu podziemia.

Do narracji ponownie wkraczają emerytowani ubecy. Jeden z nich chełpi się, że miał kiedyś „Pługa pod ręką”. Opowiada o tak zwanym konwejerze – nieprzerwanym przesłuchiwaniu przez zmieniające się zespoły śledczych. Więzień przez wiele dób nie może spać, siedzieć ani odzyskać orientacji w czasie. Ciepliński jest bity tak dotkliwie, że traci słuch; jeden z oprawców ma nawet zwichnąć kciuk, uderzając go w szczękę. W tej makabrycznej przechwałce pojawia się jednak mimowolne przyznanie, że więzień w porę rozpoznał oszustwo. Gdy zrozumiał, że obiecywane ujawnienie jest fikcją, zaczął mówić wyłącznie o ludziach już aresztowanych, spalonych albo znajdujących się poza zasięgiem aparatu.

Od tej chwili śledztwo przybiera otwarcie brutalną postać. Cieplińskiemu odbiera się krzesło i możliwość pisania do żony. Kolejni oficerowie bez końca pytają o ludzi ukrytych pod pseudonimami, o sieć terenową i o planowaną akcję odwetową przeciwko ministrowi bezpieczeństwa Stanisławowi Radkiewiczowi. Ciepliński wyjaśnia, że propozycja zamachu została odrzucona i nie dopuszczono do jej wykonania. Śledczy nie szukają jednak prawdy. Otwarcie zapowiadają, że zrobią z niego najpierw mordercę, a następnie zdrajcę. Zarzut nie ma wynikać z faktów – to fakty mają zostać dopasowane do przygotowanego wcześniej zarzutu.
Więzień zostaje poddany wielogodzinnym „stójkom”. Rozebrany, wyczerpany i pozbawiony snu musi stać nocą przy otwartych drzwiach celi, a o świcie wraca na przesłuchanie. Funkcjonariusze żądają kolejnych rekonstrukcji przejętych walizek i archiwów. Kiedy odpowiada, że nie pamięta, informują go, iż jego mały syn umarł, a żona została aresztowana jako członkini bandy. Grożą karcerem, uszkodzeniem oka i dalszymi torturami. Używają prądu, zwiększając jego natężenie, aż Ciepliński traci przytomność i zostaje wyniesiony w kocu. Przemoc fizyczna łączy się z precyzyjnie obliczoną przemocą psychiczną: śledczy próbują odebrać mu przekonanie, że poza więzieniem pozostało jeszcze cokolwiek, co warto chronić.

Wśród krzyków, pytań i modlitw rozgrywa się niewidoczna walka o granice wiedzy bezpieki. Ciepliński próbuje rozpoznać, jakie wiadomości funkcjonariusze już mają i które nazwiska zostały wcześniej ujawnione. Jego powtarzane „nie wiem” i „nie pamiętam” nie oznacza kapitulacji umysłu. Jest ostatnim dostępnym sposobem osłaniania innych. Pod wpływem bólu czasami udziela odpowiedzi, ale stara się tak dobierać informacje, by nie doprowadziły one do ludzi pozostających jeszcze na wolności. Słuchowisko pokazuje, że opór w takiej sytuacji nie polega na efektownym milczeniu, lecz na ciągłym podejmowaniu dramatycznych decyzji przy skrajnie ograniczonej świadomości sytuacji.

Szczególne znaczenie ma przesłuchanie dotyczące wydarzenia z 1943 roku i śmierci dwóch radzieckich oficerów. Ciepliński wyjaśnia, że podczas narady większość opowiedziała się za ich uwolnieniem i że właśnie taki rozkaz wydał. Po jego odejściu podkomendny posługujący się pseudonimem „Sokół” samowolnie rozstrzelał jeńców. Ciepliński ukarał go przeniesieniem i degradacją, nie zastosował jednak surowszej sankcji. Ten epizod nie jest pominięty ani wygładzony. Bohater musi zmierzyć się z pytaniem o odpowiedzialność dowódcy także za czyny popełnione wbrew jego rozkazowi. Aparat bezpieczeństwa usuwa jednak wszystkie okoliczności sprawy i przekształca skomplikowany wojenny przypadek w prosty dowód rzekomego morderstwa.

W rozmowie dawnych ubeków zostaje wyjaśniony tytuł słuchowiska. W aparacie Cieplińskiego nazywano czasami „WiNnym herojem”: „WiNnym”, ponieważ stał na czele Zrzeszenia WiN, a zarazem „winnym” w sensie człowieka, którego komunistyczne państwo postanowiło skazać. Nawet funkcjonariusze przyznawali między sobą, że podczas konwejera właściwie nikogo nie wydał. Jeśli podawał nazwiska, dotyczyły osób, którym nie mógł już zaszkodzić. Jednemu z emerytów na chwilę udaje się dostrzec moralny wymiar jego postawy, ale natychmiast próbuje ustanowić fałszywą symetrię, mówiąc, że funkcjonariusze również wierzyli w swoją sprawę. Drugi zbywa wątpliwości stwierdzeniem, że więzień otrzymał to, na co zasłużył.

Kolejną część słuchowiska zajmuje pokazowy proces IV Zarządu Głównego WiN. Radiowe komunikaty przedstawiają oskarżonych jako amerykańskich szpiegów, dywersantów, zdrajców i płatnych agentów zagranicznego kapitału. Jeden ze starych funkcjonariuszy wspomina, że siedział na widowni i podziwiał, jak sprawnie proces został „ułożony”. Autorzy słuchowiska ujawniają mechanizm powstawania propagandowego widowiska. Pytanie zadane Cieplińskiemu rano zostaje połączone w radiowym materiale z odpowiedzią udzieloną po południu w zupełnie innym kontekście. Usunięcie części wypowiedzi sprawia, że jego słowa zaczynają znaczyć coś przeciwnego – między innymi sugerują odpowiedzialność za egzekucję radzieckich oficerów, chociaż rzeczywiście wydał rozkaz ich uwolnienia.

Przed sądem Ciepliński usiłuje odwołać zeznania. Mówi, że podczas śledztwa leżał we własnej krwi i nie był w stanie kontrolować treści sporządzanych protokołów. Oświadcza wprost, że przypisywane mu wypowiedzi nie są jego zeznaniami. Przewodniczący składu i prokurator nie pozwalają mu rozwinąć tego wątku. Proces nie ma przecież ustalić prawdy, lecz zatwierdzić prawdę przygotowaną wcześniej przez śledczych. Jeden z emerytowanych ubeków przyznaje, że obserwując Cieplińskiego na sali, zastanawiał się, czy sam potrafiłby zachować podobną odwagę. Uspokoił się jednak myślą, że nigdy nie znalazłby się na miejscu ofiary, ponieważ stał po „właściwej stronie”. Zapytany po latach, czy nadal tak uważa, odpowiada wymijająco: jakie ma to teraz znaczenie?

Mowa oskarżycielska staje się kulminacją propagandowego spektaklu. Prokurator opowiada o „lokajach reakcji”, sanacyjnych oficerach, wrogach Związku Radzieckiego i ludziach przygotowujących nową wojnę na rozkaz anglo-amerykańskich mocodawców. Dla Cieplińskiego i jego współtowarzyszy żąda kar śmierci. Język oskarżenia całkowicie odczłowiecza podsądnych: nie są ludźmi z konkretnymi życiorysami, motywacjami i dylematami, lecz typami wrogów potrzebnymi do potwierdzenia oficjalnej wizji rzeczywistości.

W ostatnim słowie Ciepliński nie przedstawia się jako człowiek bezbłędny. Mówi, że niektórych swoich działań żałuje i niektórych się wstydzi. Stanowczo odrzuca jednak zarzut morderstwa i zdrady. Przypomina, że nikogo nie zabił, a swoje życie już w młodości ofiarował Polsce. Określa własny los jako część tragedii całego pokolenia: łatwo było wejść do konspiracji, lecz niezwykle trudno ją opuścić w chwili klęski; łatwo rozstać się ze sprawą po zwycięstwie, o wiele trudniej porzucić ją, gdy wszystko zostało przegrane. Zapewnia, że nie dopuścił się „czynu kainowego” i nie splamił świadomie rąk bratnią krwią. Jego heroizm nie wynika więc z braku wątpliwości, lecz ze zdolności zachowania moralnej granicy mimo świadomości własnych błędów.

Wyrok skazuje go między innymi na pięciokrotną karę śmierci. Naczelny Sąd Wojskowy nie uwzględnia skargi rewizyjnej, a 20 lutego 1951 roku Bolesław Bierut odmawia prawa łaski. Ostatnie tygodnie życia Cieplińskiego zostają pokazane poprzez grypsy kierowane do żony Wisławy, nazywanej Wisią, i małego syna Andrzeja. Pisze, że uczyniono z niego zbrodniarza i zdrajcę, choć żona najlepiej wie, że nigdy świadomie nikogo nie skrzywdził. Jednocześnie zachowuje spokój i wiarę, że Polska odzyska niepodległość, zwycięży prawda, a podeptana godność człowieka zostanie kiedyś przywrócona.

Szczególnie przejmujące są słowa skierowane do żony. Ciepliński przeprasza ją, że poświęcił jej tak mało czasu, a wszystkie wspólnie przeżyte chwile wspomina jako świętość. Prosi, by kochała Andrzeja za nich oboje, lecz zarazem go nie rozpieszczała. Synowi pozostawia duchowy testament: ma kochać Boga i Polskę, opiekować się matką, a za najważniejsze zasady przyjąć dobro, prawdę, sprawiedliwość i miłość. To właśnie te prywatne słowa podważają propagandowy obraz bezdusznego szpiega i terrorysty. Państwo może narzucić mu procesową rolę, ale nie potrafi zniszczyć jego relacji z najbliższymi ani odebrać mu prawa do określenia sensu własnego życia.

Po południu 1 marca 1951 roku w zatłoczonej celi mokotowskiego więzienia pojawia się strażnik z listą. Wywołani więźniowie mają zebrać rzeczy osobiste i związać drobiazgi w niewielki węzełek. Pada nazwisko Cieplińskiego i rozkaz wyjścia. Scena jest bardzo oszczędna: nie ma uroczystego pożegnania ani wielkich gestów. Towarzyszy jej głos odczytujący testament dla syna. Ciepliński zostaje wyprowadzony do piwnicy jednego z więziennych budynków gospodarczych i zastrzelony o godzinie dwudziestej. Następnie, w kilkuminutowych odstępach, giną Adam Lazarowicz, Mieczysław Kawalec, Franciszek Błażej, Karol Chmiel, Józef Rzepka i Józef Batory.

Ciała zabitych zostają potajemnie wywiezione i wrzucone do nieoznaczonego dołu, zasypanego ziemią i kamieniami. Słuchowisko podaje, że miejsce pochówku pozostaje nieznane; jako prawdopodobne wskazuje Służew. Dopiero 17 września 1992 roku sąd unieważnia wyrok wydany na Cieplińskiego i pozostałych członków IV Zarządu Głównego WiN. Prawna rehabilitacja następuje jednak po dziesięcioleciach i nie może przywrócić życia zamordowanym ani oddać ich rodzinom miejsc, w których mogłyby ich pochować.

Finał ponownie przenosi akcję do czasów współczesnych. W radiu pojawia się relacja z plenerowej wystawy „Twarze rzeszowskiej bezpieki”, pokazującej fotografie dawnych funkcjonariuszy. Kazek i Franek odkrywają, że ich własne twarze zostały wystawione na widok publiczny. Nie przejmują się cierpieniem ofiar; obawiają się przede wszystkim, że rozpoznają ich sąsiedzi. Pocieszają się, że publiczne pokazanie zdjęć jest i tak lepsze niż wezwanie do sądu. Gdy jeden z nich zastanawia się, co powiedziałby podczas ewentualnego procesu, drugi podsuwa gotową odpowiedź: „nic nie pamiętam”.

Ostatnie słowa zamykają konstrukcję słuchowiska wyjątkowo gorzką klamrą. Podczas tortur Ciepliński mówił „nie pamiętam”, aby chronić pozostających na wolności ludzi. Po latach identycznej formuły chce użyć oprawca, aby ochronić samego siebie przed odpowiedzialnością. Tytułowy bohater był „WiNny”, ponieważ należał do WiN; został uznany za winnego przez podporządkowany władzy sąd; okazał się jednak bohaterem w pamięci tych, których próbował ocalić. Aparat bezpieczeństwa zdołał odebrać mu wolność, życie i dobre imię, lecz ostatecznie nie zdołał utrzymać stworzonego przez siebie wyroku moralnego. Zwycięstwo pamięci pozostaje przy tym niepełne, ponieważ większość sprawców nigdy nie poniosła rzeczywistej kary.

5/5 - (1 vote)

Marek Ławrynowicz „Tuba”

Tuba

Utwór: Tuba

Autor: Marek Ławrynowicz

Premiera: 22 listopada 1997 Teatr Polskiego Radia

Reżyseria: Paweł Łysak

Realizacja akustyczna: Andrzej Złomski

Ilustracja muzyczna: Marcin Błażewicz

Inne emisje: 2006-11-17

Czas trwania: 29’52”

Obsada

Listkiewicz: Bronisław Pawlik

Komisarz: Tomasz Zaliwski

Weremko: Witold Skaruch

Doktor: Lech Łotocki

Urzędnik: Stanisław Brudny

Pocialik: Wiesław Machowski

Fabuła

Słuchowisko rozpoczyna się podczas uroczystości pogrzebowej profesora Kazimierza Listkiewicza. Wewnątrz budynku płoną świece i unosi się zapach kadzidła, lecz docent Weremko pozostaje na zewnątrz, ponieważ cierpi na astmę i źle znosi panującą w środku atmosferę. Towarzyszy mu komisarz prowadzący wcześniej sprawę śmierci profesora. Policjant proponuje, aby Weremko jeszcze raz opowiedział wszystko od początku. Nazywa rozmowę jedynie nieformalnym przesłuchaniem, gdyż oficjalnie nie stwierdzono ani przestępstwa, ani nawet konkretnej przyczyny zgonu. Od pierwszych minut wiadomo zatem, że Listkiewicz nie żyje, natomiast zagadką pozostaje droga prowadząca do jego śmierci.

Weremko wraca pamięcią do 12 maja. Około czwartej nad ranem ktoś gwałtownie dobijał się do jego drzwi. Przybyszem okazał się profesor Listkiewicz – jego znajomy i kolega z Uniwersytetu Warszawskiego. Wyglądał tak, jakby przed chwilą zerwał się z łóżka i uciekał bez oglądania się za siebie. Był boso, miał na sobie koszulę nocną, włosy potargane, rękaw rozdarty, a na dłoni widniała krew. Najbardziej niepokojące było jednak jego zachowanie. Patrzył jakby obok Weremki, rozglądał się po ciemności i nie chciał przekroczyć progu. Wszedł dopiero wtedy, gdy docent ujął go za rękę i niemal siłą wprowadził do środka.

Takie zachowanie zupełnie nie pasowało do profesora. Listkiewicz nie należał do ekscentrycznych uczonych, którym otoczenie wybacza dziwactwa ze względu na ich pozycję. Przeciwnie – Weremko opisuje go jako człowieka spokojnego, zrównoważonego i wręcz „przerażająco normalnego”. Tym większe wrażenie robi jego nagła panika. Posadzony na kanapie profesor upewnia się, że nikt nie może podsłuchać rozmowy. Z najwyższym trudem wyznaje następnie, że w jego sypialni znajduje się tuba.

Weremko początkowo nie rozumie, dlaczego zwykły instrument muzyczny miałby wywołać taki strach. Listkiewicz wyjaśnia, że obudził się około kwadransa po trzeciej. Zwykle budził się o tej porze, żeby napić się wody, po czym ponownie zasypiał. Tym razem zapalił lampę i zobaczył na stoliku ogromną, lśniącą tubę. Instrument miał piękny, majestatyczny kształt i w pierwszej chwili nawet mu się spodobał. Dopiero po chwili profesor uświadomił sobie, że kiedy kładł się spać, tuby w pokoju nie było. Dom został dokładnie zamknięty, drzwi i okna były zabezpieczone, a Listkiewicz mieszkał sam. Nie potrafił więc znaleźć żadnego racjonalnego sposobu, w jaki tak wielki przedmiot mógł dostać się do sypialni.

To właśnie nie sama tuba, lecz niemożliwość jej obecności napełniła profesora „potwornym, zwierzęcym strachem”. Wybiegł z domu tak, jak stał, raniąc po drodze rękę, i bez świadomego planu pobiegł przed siebie. Instynktownie dotarł do mieszkania Weremki. Docent usiłuje go uspokoić. Twierdzi, że instrument musieli podrzucić studenci. Wyobraża sobie grupę młodych ludzi, którzy zdobyli gdzieś używaną tubę, wypili trochę piwa, a następnie postanowili urządzić poważnemu profesorowi absurdalny żart. Listkiewicz przyznaje, że takie wyjaśnienie brzmi rozsądnie, ale mimo to kategorycznie odmawia samodzielnego powrotu.

Weremko pożycza mu płaszcz i idzie razem z nim. Przed wejściem do własnego domu profesor ponownie odczuwa niewytłumaczalne zagrożenie. Nie chce przekroczyć progu pierwszy i ostrzega kolegę, aby zachował ostrożność. Docent otwiera drzwi, przeszukuje wnętrze i nie znajduje niczego niezwykłego. Nie ma śladów włamania, intruza ani obecności jakiejkolwiek zjawy. Jest to zwykły drewniany dom należący do uniwersyteckiego profesora. Dopiero w sypialni Weremko rzeczywiście widzi tubę – wielką, ciężką i materialną. Ocenia ją nawet jako piękny instrument, lecz nie odczuwa w jej obecności niczego groźnego.

Listkiewicz domaga się konkretnego rozwiązania. Nie potrafi zachowywać się tak, jakby nic się nie wydarzyło, i nie chce pozostać sam na sam z nieproszonym przedmiotem. Weremko proponuje więc zgłoszenie włamania na policji. Profesor udaje się na komisariat, gdzie komisarz poleca protokolantowi Jakubikowi spisać zeznanie. Początek rozmowy przypomina zwyczajne zawiadomienie o przestępstwie: padają personalia, zawód i adres Listkiewicza oraz informacja, że ktoś musiał nocą wejść do jego domu. Sytuacja przestaje być standardowa, kiedy policjant pyta, co zostało skradzione.

Profesor odpowiada, że nic nie zginęło – wręcz przeciwnie, coś przybyło. Ktoś włamał się po to, by pozostawić tubę. Komisarz nie potrafi dopasować zdarzenia do żadnej znanej mu kategorii. Wyjaśnia, że gdyby tubę ukradziono, policja miałaby podstawę do działania. Skoro jednak instrument podrzucono, trudno mówić o przestępstwie. Listkiewicz przypomina o samym włamaniu i obawia się również, że bezprawnie przetrzymuje cudzą własność. Policjant zapewnia go, że złożył już zeznanie i formalnie jest całkowicie zabezpieczony. Radzi poczekać na właściciela, a jeśli nikt się nie zgłosi – zatrzymać instrument. Profesor wychodzi bez żadnej rzeczywistej pomocy, a komisarz niemal natychmiast zapomina o sprawie.

Stan Listkiewicza szybko się pogarsza. Jeszcze tego samego dnia profesor pojawia się u lekarza uniwersyteckiego. Jest blady, wyczerpany i ma rozbite okulary, ponieważ w pośpiechu wpadł na szafę. Oznajmia, że nie może dłużej „mieszkać z tubą”. Lekarz próbuje sprowadzić problem do racjonalnych proporcji: instrument jest przecież martwym przedmiotem i nie może nikomu zagrozić. Proponuje, aby profesor po prostu wyrzucił go na śmietnik.

Listkiewicz przyznaje, że już tego próbował. Gdy zapadł wieczór, wyniósł tubę i pozostawił przy śmietniku. Przez moment był wolny, ale wtedy usłyszał nieznany głos nakazujący mu zabrać instrument z powrotem. Nie potrafi powiedzieć, czy głos dobiegał z zewnątrz, z jego własnej świadomości czy bezpośrednio od tuby. Wie tylko, że rozkazowi się podporządkował i ponownie przyniósł instrument do sypialni. Lekarz interpretuje to jako objaw wyczerpania lub załamania nerwowego. Daje profesorowi środek uspokajający, proponuje urlop w Szwajcarii albo Paryżu i podsuwa kolejne praktyczne rozwiązanie: oddanie tuby do biura rzeczy znalezionych.

W biurze Listkiewicz spotyka niezwykle gadatliwego urzędnika. Ten początkowo zachwyca się rozmiarem i wyglądem znaleziska. Opowiada historie o ludziach pozostawiających w domach towarowych marynarki, telewizory, wózki dziecięce, a nawet niemowlęta. Wspomina też garden party, po którym w ogrodzie znaleziono parasole, trzy buty pochodzące z różnych par, krawat w grochy i duży damski biustonosz. Wszystkie te przedmioty można było bez problemu przyjąć, ponieważ ktoś je zgubił, a ktoś inny uczciwie odnalazł.

Problem pojawia się, gdy urzędnik dowiaduje się, że Listkiewicz znalazł tubę we własnym, zamkniętym domu, w którym nie było żadnych gości. Według biurokratycznej logiki instrument nie może zostać przyjęty jako rzecz znaleziona, ponieważ nie wiadomo, kto miałby go wcześniej zgubić. Listkiewicz mieszka sam, więc tuba nie należy do innego domownika. Nie odbyło się też żadne przyjęcie ani koncert. Urzędnik powtarza, że przedmioty nie gubią się same – gubią je ludzie. Skoro zaś nie da się wskazać człowieka, który utracił instrument, biuro nie ma prawa go przyjąć. Przerażenie profesora spotyka się ostatecznie z podejrzliwością. Zostaje uznany nie za uczciwego znalazcę, lecz za „Bóg wie kogo” i wyrzucony wraz z tubą.

Po tej porażce profesor ponownie zwraca się do Weremki. Jego stosunek do instrumentu zaczyna się jednak zmieniać. Nadal chce się go pozbyć, lecz coraz częściej przypisuje mu szczególne znaczenie. Pyta, czy istnieją przedmioty różniące się od zwykłych rzeczy – takie jak Arka Przymierza albo Święty Graal. Tuba przestaje być dla niego jedynie śmiesznym, podrzuconym instrumentem. Zaczyna traktować ją jak przedmiot wybrany, obdarzony własną mocą albo narzucający właścicielowi określoną misję.

Weremko uznaje, że kolega zaczyna pogrążać się w obsesji. Zamiast wyjazdu do Paryża proponuje pobyt w sanatorium. Listkiewicz natychmiast rozumie, że został uznany za człowieka chorego psychicznie. Obraża się i wychodzi. Docent kontaktuje się z lekarzem, uzyskuje skierowanie i dzięki znajomościom błyskawicznie załatwia profesorowi miejsce, ale Listkiewicz odmawia wyjazdu. Nie można zmusić go do leczenia wbrew jego woli. Zaczyna unikać Weremki i innych znajomych, pozostając sam w domu z instrumentem.

Docent dochodzi wreszcie do wniosku, że jedynym ratunkiem będzie znalezienie osoby naprawdę potrzebującej tuby. Liczy, że dobrowolne i legalne przekazanie przedmiotu zakończy poczucie misji profesora oraz przywróci mu spokój. Poszukiwania okazują się trudniejsze, niż przewidywał. Instrumentu nie chce ani filharmonia, ani straż pożarna. W ogromnym mieście nie znajduje się nikt, kto potrzebowałby tuby.

Niespodziewanie do Weremki telefonuje Józef Pocialik, kierownik amatorskiej orkiestry dętej ze Skierniewic. Jego zespół pilnie poszukuje instrumentu, ponieważ dotychczasowy tubista – właściciel pizzerii – popadł w długi, uciekł z miasta i zabrał ze sobą swoją tubę. Pocialik ma już nawet skomplikowany plan przesunięcia muzyków między instrumentami: klarnecista może przejąć tubę, jego miejsce zajmie trębacz, a kolejnego wykonawcę zastąpi człowiek grający dotąd na trójkącie. Brakuje tylko samego instrumentu. Uszczęśliwiony Weremko podaje mu adres profesora, ostrzegając jedynie, że Listkiewicz stał się ostatnio nieco ekscentryczny.

Kiedy Pocialik pojawia się w domu, zastaje profesora zupełnie odmienionego. Listkiewicz jest niezwykle serdeczny, niemal euforyczny, i zachowuje się tak, jakby od dawna czekał właśnie na tego człowieka. Prowadzi go prosto do sypialni. Z dawnego lęku pozornie nic nie pozostało. Profesor nazywa tubę wspaniałą i majestatyczną, każe gościowi dotknąć jej powierzchni oraz podziwiać doskonałość kształtu. Człowiek, który wcześniej uciekał z własnego domu, teraz mówi o instrumencie jak o otaczanej czcią relikwii.

Pocialik początkowo również jest zachwycony. Pyta, czy może zadąć w tubę. Listkiewicz gorąco go do tego zachęca, oznajmiając nawet, że lubi tubę solo. Rozlega się długi, niski i ciężki dźwięk. Reakcja zawodowego muzyka jest natychmiastowa. Pocialik mówi, że instrument ma osobliwy ton, po czym dobiera coraz mocniejsze określenia: dźwięk jest „przerażający”, a wreszcie „złowróżbny”. Profesor odpowiada, że sam nie słyszy w nim niczego niezwykłego.

Ta różnica staje się najbardziej niepokojącym momentem opowieści. Na początku Listkiewicz jako jedyny wyczuwał zagrożenie, podczas gdy wszyscy inni widzieli w tubie zwykły przedmiot. Teraz to zewnętrzny obserwator rozpoznaje grozę jej głosu, natomiast profesor jest już na nią całkowicie niewrażliwy. Pocialik nagle przypomina sobie o rzekomym spotkaniu. Zapewnia, że zadzwoni i wróci po instrument, lecz jego nerwowe pożegnanie nie pozostawia wątpliwości – chce jedynie jak najszybciej uciec. Listkiewicz próbuje go zatrzymać i woła za nim, ale dyrygent opuszcza dom bez tuby.

Następnego dnia zaniepokojony Weremko idzie do profesora. Drzwi domu są otwarte. W sypialni znajduje Listkiewicza leżącego martwego na podłodze. Badania lekarskie nie wykazują żadnej przyczyny śmierci. Nie ma jednoznacznych obrażeń ani schorzenia, które tłumaczyłoby nagły zgon. Co więcej, z pokoju znika tuba.

W tym miejscu opowieść powraca do rozmowy przed pogrzebem. Komisarz przekonuje, że zniknięcie instrumentu można wyjaśnić banalnie: drzwi były otwarte, więc ktoś wszedł i zabrał wartościową tubę. Weremko odpowiada jednak najważniejszym pytaniem: ktoś mógł ją ukraść — ale po co? Policjant irytuje się, że docent najwyraźniej chce zasugerować, iż profesor umarł bez żadnego powodu, a tubę „diabli wzięli”. Weremko nie potwierdza tego wprost, lecz nie potrafi już wrócić do własnych wcześniejszych racjonalnych wyjaśnień. Rozmówcy dołączają do pogrzebu, pozostawiając tajemnicę nierozwiązaną.

Nie wiadomo, czy Listkiewicz padł ofiarą siły związanej z instrumentem, czy przeżył załamanie psychiczne, które doprowadziło go do śmierci. Nie wiadomo również, czy głos nakazujący zabranie tuby ze śmietnika istniał naprawdę. Najbardziej niepokojące jest to, że Pocialik niezależnie rozpoznał złowróżbny ton, którego profesor pod koniec już nie słyszał. Tuba mogła zatem zawładnąć swoim właścicielem, doprowadzić go do śmierci, a następnie zniknąć, być może w poszukiwaniu kolejnej osoby. Słuchowisko nie rozstrzyga tego dylematu i kończy się dokładnie tam, gdzie surrealistyczna komedia o bezradności policji, medycyny i urzędów zmienia się ostatecznie w metafizyczny horror.

5/5 - (1 vote)

Juliusz Verne „Tajemnicza wyspa”

Tajemnicza wyspa

Autor: Jules Gabriel Verne

Utwór: Tajemnicza wyspa

Przekład: Piotr Legatowicz

Adaptacja: Anna Borkowska

Reżyseria: Andrzej Jarski

Opracowanie muzyczne: Małgorzata Małaszko

Realizacja akustyczna: Andrzej Złomski

Premiera:  sierpień 1988

Inne emisje: czerwiec 2000 Radio BIS

Czas trwania: 20 odcinków 11-14 – minutowych

Obsada

Krzysztof Wakuliński (narrator)

Marcin Troński (Bonawentura Pencroff, marynarz)

Janusz Bukowski (Cyrus Smith, inżynier)

Cezary Kwieciński (Harbert Brown, chłopiec)

Andrzej Ferenc(Gedeon Spilett, dziennikarz)

Grzegorz Gadziomski (Nabuchodonozor, służący)

(Top pies)

Fabuła

Akcja rozpoczyna się w marcu 1865 roku, w samym środku amerykańskiej wojny secesyjnej. Grupa pięciu śmiałków – genialny inżynier Cyrus Smith, dziennikarz Gedeon Spilett, doświadczony marynarz Pencroff, jego młody podopieczny Harbert oraz lojalny sługa Nab – decyduje się na brawurową ucieczkę z oblężonego Richmond za pomocą balonu. Wraz z nimi podróżuje pies inżyniera, Top. Potężny huragan porywa ich daleko nad wody Pacyfiku. Po wielu dniach wyczerpującego lotu i wyrzuceniu całego balastu, uszkodzony balon rozbija się u brzegów nieznanego lądu, a w spienionych falach ginie Cyrus Smith wraz ze swoim czworonogiem.

Pozostali rozbitkowie, zdruzgotani utratą przywódcy, rozpoczynają eksplorację nieznanego terenu. Po wejściu na najwyższy szczyt wulkanu, który nazywają Górą Franklina, uświadamiają sobie, że znaleźli się na bezludnej wyspie. Nadają jej imię wyspy Lincolna. Przez pierwsze dni zmagają się z dojmującym chłodem i głodem, jednak nie tracą nadziei na odnalezienie inżyniera. Ich poszukiwania w końcu kończą się sukcesem, gdy pies Top doprowadza ich do wyczerpanego Smitha. Jak się okazuje, inżynier został w tajemniczy sposób uratowany z morza i przeniesiony do bezpiecznej jaskini przez kogoś, kogo nie potrafią zidentyfikować.

Od momentu powrotu inżyniera sytuacja rozbitków ulega diametralnej poprawie. Zgłębiając naukową wiedzę Cyrusa Smitha, koloniści rozpalają ogień (używając szkiełek od zegarków jako soczewki), rozpoczynają wyrób cegieł, ceramiki, łuków, a z czasem przechodzą wręcz do epoki metalurgicznej, wytapiając żelazo. Adaptują również jaskinię na swój nowy, bezpieczny dom, który mianują Granitowym Pałacem. Ich spokój zakłócają jednak tajemnicze zjawiska: najpierw w ciele upolowanego zwierzęcia znajdują ołowianą śrucinę, a niedługo potem morze wyrzuca na brzeg skrzynię z bezcennym ładunkiem narzędzi, broni, ubrań i książek. W skrzyni znajdują się także przyrządy nawigacyjne, dzięki którym Smith ostatecznie ustala ich współrzędne – są zawieszeni w kompletnej pustce, z dala od szlaków morskich.

Wykorzystując nowe narzędzia, bohaterowie budują niewielką łódź. Podczas jednej z próbnych wypraw wyławiają z oceanu butelkę z listem, z którego dowiadują się, że na sąsiedniej wysepce Tabor przebywa rozbitek potrzebujący pomocy. Budują więc większy statek i wyruszają z misją ratunkową. Na wyspie Pencroff, Harbert i Spilett odnajdują człowieka, który w wyniku wieloletniej samotności całkowicie zdziczał i zatracił ludzkie odruchy. Obezwładniają go i zabierają ze sobą na wyspę Lincolna.

Pod czułą i cierpliwą opieką kolonistów zdziczały człowiek stopniowo odzyskuje rozum. Wyznaje im w końcu prawdę o swojej mrocznej przeszłości – nazywa się Ayrton i był niegdyś piratem ukrywającym się pod pseudonimem Ben Joyce. Został porzucony na wyspie Tabor przez lorda Glenarvana jako kara za swoje zbrodnie (wydarzenia te łączą fabułę z powieścią „Dzieci kapitana Granta”). Ayrton, trawiony potężnymi wyrzutami sumienia, pragnie odpokutować za swoje winy i powoli staje się pełnoprawnym, oddanym członkiem kolonii.

Kolejny zwrot akcji następuje, gdy na horyzoncie pojawia się statek. Nadzieje na powrót do domu szybko gasną – to uzbrojony okręt piracki, którego załogę stanowią zbiegli katorżnicy (dawni kamraci Ayrtona). Wywiązuje się walka, podczas której młody Harbert zostaje ciężko ranny. Gdy chłopiec w stanie krytycznym zapada na malarię, ich tajemniczy dobroczyńca ponownie interweniuje, podrzucając w nocy porcję zbawiennej chininy. Niedługo potem okręt piratów niespodziewanie wylatuje w powietrze dzięki podwodnej torpedzie, a ci złoczyńcy, którym udało się zejść na ląd, giną od precyzyjnych strzałów z nieznanej, elektrycznej broni.

W wielkim finale niewidzialny opiekun wyspy zaprasza rozbitków do zalanej jaskini za pomocą zbudowanego przez nich telegrafu. Odkrywają tam legendarny okręt podwodny „Nautilus”, a na jego pokładzie – starego, umierającego kapitana Nemo. To on ratował ich z opresji przez cały ten czas. Nemo przekazuje kolonistom szkatułę pełną klejnotów, ale obwieszcza też ponurą diagnozę: wulkan wkrótce zniszczy wyspę Lincolna. Zgodnie z życzeniem kapitana, bohaterowie zatapiają „Nautilusa” jako jego grobowiec, a sami rozpoczynają rozpaczliwą budowę statku ucieczkowego. Niestety, erupcja następuje zbyt szybko, wysadzając całą wyspę w powietrze. Rozbitkowie cudem przeżywają na ostatniej nagiej skale, a przed ostateczną śmiercią głodową ratuje ich niespodziewane przybycie jachtu „Duncan” – okręt ten przypłynął po Ayrtona, skierowany tam dzięki informacji, którą kapitan Nemo zapobiegawczo pozostawił wcześniej na wyspie Tabor.

5/5 - (1 vote)

Juliusz Verne „Dzieci kapitana Granta” 1978

Dzieci kapitana Granta 1978

Autor: Jules Gabriel Verne

Adaptacja: Barbara Pruska

Reżyseria: Andrzej Jarski

Premiera: 1978

Premiera tych nagrań odbyła się w końcówce sierpnia 1985 roku. W sobotę i niedziele o godzinie 15.00 w programie IV.

Seria: Teatr Klasyki dla Młodzieży

Czas trwania

część I: 49’56”

część II: 54’58”

część III: 46’48”

Obsada

Zdzisław Mrożewski – Major MacNabbs

Wieńczysław Gliński – Jakub Paganel

Józef Klukowski – Lord Edward Glenarvan

Stanisław Mikulski

Fabuła

Słuchowisko rozpoczyna się od wzruszającego spotkania – do rezydencji lorda Edwarda Glenarvana i jego żony Heleny przybywają Mary i Robert Grantowie, zdesperowane dzieci zaginionego kapitana statku „Britannia”. Dowiadują się one, że w żołądku złowionego rekina odnaleziono butelkę z uszkodzonymi dokumentami zapisanymi w trzech różnych językach. Z zachowanych fragmentów tekstu wynika niezbicie, że kapitan Grant oraz dwaj członkowie jego załogi przeżyli katastrofę morską i znajdują się w niewoli u Indian na 37. równoleżniku. Ponieważ brytyjska Admiralicja bezdusznie odmawia zorganizowania oficjalnej wyprawy ratunkowej, szlachetny lord Glenarvan wraz z żoną decydują się wyruszyć na poszukiwania własnym, luksusowym jachtem o nazwie „Duncan”.

Tuż po rozpoczęciu rejsu ku wybrzeżom Ameryki Południowej dochodzi do nieoczekiwanego i nieco komicznego zdarzenia. Okazuje się, że na pokładzie przebywa roztargniony francuski geograf, Jakub Paganel, który przez pomyłkę wsiadł na zły statek i zamiast do Indii, wyruszył w morze z załogą lorda. Zafascynowany wzniosłym celem ekspedycji, uczony z entuzjazmem postanawia dołączyć do poszukiwań. Kiedy jacht dociera do brzegów Patagonii, podróżnicy organizują niezwykle niebezpieczną przeprawę lądową przez Andy, ściśle trzymając się 37. równoleżnika. Podczas wyczerpującej wędrówki zmagają się z potężnym trzęsieniem ziemi, a młody Robert zostaje porwany w powietrze przez gigantycznego kondora. Chłopca ratuje w ostatniej chwili niezawodnym strzałem miejscowy przewodnik, Patagończyk Thalcave.

Dalsza podróż przez argentyńską pampę również obfituje w mrożące krew w żyłach wyzwania. Ekipa ratunkowa zostaje nagle zaskoczona przez katastrofalną powódź, która zmusza uczestników wyprawy do szukania schronienia na konarach potężnego, samotnego drzewa (w które na domiar złego uderza piorun). Kiedy po opadnięciu wód docierają wyczerpani na wybrzeże Atlantyku, z przykrością stwierdzają brak jakichkolwiek śladów zaginionego kapitana Granta. Wtedy do akcji ponownie wkracza Paganel, który w wyniku wnikliwej analizy uszkodzonych słów z listu dochodzi do wniosku, że popełnili błąd na etapie tłumaczenia. Słowo „austral” wcale nie odnosiło się do lądu południowoamerykańskiego, lecz do Australii. Wyprawa bez wahania zmienia więc kierunek i bierze kurs na nowy kontynent.

Po przybyciu do Australii załoga natrafia na bardzo obiecujący ślad – spotykają człowieka nazwiskiem Ayrton, który twierdzi, że był bosmanem na „Britannii” i doskonale wie, gdzie przebywa uwięziony kapitan. Pod jego rzekomo fachowym przewodnictwem ekspedycja wyrusza w głąb lądu, jednak podróż ta szybko zamienia się w koszmar, gdy w tajemniczych okolicznościach zaczynają kolejno padać konie i woły pociągowe. Wkrótce na jaw wychodzi szokująca prawda: bosman Ayrton to w rzeczywistości Ben Joyce, bezwzględny herszt bandy zbiegłych katorżników. Złoczyńca celowo zwabił podróżników w pułapkę w głuszy, planując ukraść jacht „Duncan” i uciec nim z kontynentu, pozostawiając lorda i jego towarzyszy na niemal pewną śmierć.

Bohaterom, pozbawionym zwierząt pociągowych i oszukanym przez fałszywego przewodnika, udaje się ostatecznie dotrzeć na wybrzeże, gdzie dowiadują się, że ich jacht najprawdopodobniej wpadł w ręce piratów. Zrozpaczeni, bez statku i zapasów, podejmują ryzykowną decyzję o przeprawie na Nową Zelandię, by stamtąd szukać transportu morskiego do Europy. Zamiast ratunku, wpadają jednak w kolejne, jeszcze mroczniejsze tarapaty. Niedługo po zejściu na nowozelandzki ląd zostają pojmani przez wojownicze plemię Maorysów, o których mówi się, że są ludożercami. Pobyt w tubylczej niewoli jest pełen potężnego napięcia i grozy, ale dzięki sprytowi, ogromnej odwadze i współpracy, uczestnikom wyprawy udaje się przechytrzyć strażników i brawurowo uciec w stronę wybrzeża.

Nad oceanem uciekinierzy ze zdumieniem i euforią odkrywają, że ich ukochany jacht „Duncan” jest bezpieczny i czeka na nich u brzegów. Okazuje się, że statek nie wpadł w ręce bandytów dzięki kolejnej pomyłce roztargnionego Paganela, który wypisując wezwanie, machinalnie wpisał „Nowa Zelandia” zamiast „Australia”. Totalnie zaskoczony obrotem spraw Ayrton trafił na pokład jako więzień załogi. Złoczyńca zawiera z lordem Glenarvanem ostateczny układ: w zamian za podzielenie się faktami o Grancie i wysadzenie go na bezludnej wyspie, uniknie powrotu do brytyjskiego więzienia. W tym samym czasie geograf dokonuje swojego ostatniego odkrycia, rozszyfrowując słowo „abor” jako wyspę Tabor (Zatokę Marii Teresy). „Duncan” natychmiast tam wyrusza. Na miejscu dochodzi do niesamowicie wzruszającego finału – dzieci odzyskują ukochanego ojca, a lord Glenarvan z sukcesem kończy swoją misję ratunkową. Ayrton zostaje wysadzony na wyspie, aby w samotności odpokutować za swoje winy, a cała załoga rusza w triumfalny rejs powrotny do domu.

5/5 - (1 vote)

Juliusz Verne „Dzieci kapitana Granta” 1952

Dzieci kapitana Granta 1952

Autor: Jules Gabriel Verne

Tekst: Stefan Majchrowski

Przekład: Izabella Rogozińska

Reżyseria: Wanda Tatarkiewicz-Małkowska

Premiera: 1952

Czas trwania

część I: 29’53”

część II: 29’43”

część III: 26’42”

Obsada

Wieńczysław Gliński – Narrator

Czesław Kalinowski – Kapitan John Mangles

Halina Michalska – Lady Helena Glenarvan

Konstanty Pągowski – Jakub Paganel

Zofia Raciborska – Robert Grant, syn kapitana Granta

Janina Seredyńska – Mary Grant, córka kapitana Granta

Kazimierz Wilamowski – Edward Glenarvan

Postać Krótki opis
Lord Edward Glenarvan Właściciel jachtu „Duncan”, który decyduje się na poszukiwania kapitana Granta.
Helena Glenarvan Żona lorda Edwarda, popierająca decyzję o wyprawie ratunkowej.
Kapitan Grant Zaginiony dowódca statku „Britannia”.
Mary i Robert Grant Dzieci zaginionego kapitana Granta.
Jakub Paganel Francuski geograf, roztargniony uczony, który przypadkowo dołącza do misji.
Ayrton (Ben Joyce) Bosman z „Britannii”, który okazuje się niebezpiecznym przestępcą.

Fabuła

Słuchowisko rozpoczyna się na pokładzie luksusowego jachtu „Duncan”, należącego do lorda Edwarda Glenarvana, gdzie załoga dowodzona przez kapitana Johna Manglesa wyławia z morza ogromnego rekina. Wewnątrz żołądka drapieżnika marynarze odnajdują zakorkowaną butelkę, a w niej uszkodzone przez wodę dokumenty zapisane w trzech różnych językach: niemieckim, francuskim i angielskim. Z częściowo zmytych słów i sylab – takich jak „37 stopień szerokości”, „ratunek” czy fragmenty nazw „bri” i „landia” – lord Glenarvan i jego przyjaciele dedukują, że mają do czynienia z dramatycznym wołaniem o pomoc. Wynika z nich, że 7 czerwca 1862 roku statek „Britannia”, dowodzony przez kapitana Granta, uległ katastrofie u wybrzeży Patagonii, a ocalały dowódca oraz dwaj marynarze trafili do niewoli u lokalnych Indian.

Mając te kluczowe informacje, lord Glenarvan udaje się do Londynu, by prosić brytyjską Admiralicję o zorganizowanie oficjalnej misji ratunkowej, jednak spotyka się z bezduszną odmową. Sytuacja nabiera jednak nowego wymiaru, gdy na jachcie zjawiają się zdesperowane dzieci zaginionego kapitana – córka Mary oraz jej brat Robert. Poruszeni ich tragicznym losem, lord Edward i jego żona Helena podejmują szlachetną decyzję o wyruszeniu w podróż na własną rękę, kierując „Duncana” ku wybrzeżom Ameryki Południowej. Ku zaskoczeniu wszystkich, tuż po wypłynięciu na pełne morze okazuje się, że na pokładzie znajduje się pasażer na gapę – francuski geograf Jakub Paganel, który przez roztargnienie wsiadł na ich jacht zamiast na statek „Scotia”. Zaintrygowany celem misji, uczony z entuzjazmem postanawia dołączyć do poszukiwań.

Po pomyślnym dotarciu do wybrzeży Chile, dokładnie wzdłuż 37. równoleżnika, zorganizowana zostaje niebezpieczna ekspedycja lądowa, w której biorą udział m.in. lord Glenarvan, uczony Paganel, porucznik oraz młody Robert Grant. Przeprawa przez Andy okazuje się wyzwaniem zagrażającym ich życiu – podróżnicy doświadczają trzęsienia ziemi, a w wyniku oberwania się skał Robert traci przytomność i zostaje porwany przez gigantycznego kondora. Tylko dzięki niezwykle celnemu strzałowi chłopiec zostaje ocalony w locie, a wyprawa, wspomagana przez przyjaznego Patagończyka, wyrusza dalej przez rozległą pampę. Tam uderza w nich kolejne śmiertelne zagrożenie w postaci potężnej powodzi; woda zalewa tereny, zmuszając bohaterów do szukania schronienia w konarach potężnego drzewa, w które uderza piorun, a u stóp którego gromadzą się wygłodniałe kajmany. Choć docierają do brzegów Atlantyku, nie odnajdują kapitana Granta, lecz Paganel odkrywa błąd w początkowej interpretacji dokumentu – hiszpańskie słowo „austral” nie oznaczało lądu w Ameryce Południowej, lecz kontynent Australii.

Idąc za nowym tropem, jacht „Duncan” obiera kurs na Australię, gdzie uczestnicy wyprawy natychmiast wznawiają żmudne poszukiwania na lądzie. Na jednej z lokalnych farm spotykają człowieka nazwiskiem Ayrton, który twierdzi, że służył jako bosman na pokładzie „Britannii” i oferuje swoją pomoc w odnalezieniu kapitana, który rzekomo znajduje się w głębi australijskiego lądu. Ekspedycja rusza więc przez bezdroża, mijając nietypową faunę i florę, jak choćby drzewa, które z powodu specyficznego ułożenia liści nie dają żadnego cienia. Spokój wyprawy kończy się brutalnie, gdy w tajemniczych okolicznościach zaczynają zdychać ich konie oraz woły pociągowe. Wkrótce wychodzi na jaw przerażająca prawda: za aktami sabotażu stoi sam Ayrton, który okazuje się być Benem Joyce’em – bezwzględnym przywódcą zbiegów, planującym ukraść jacht lorda Glenarvana.

Pozbawieni zwierząt pociągowych i uwięzieni w głębi lądu bez jakiegokolwiek śladu po kapitanie Grancie, bohaterowie uświadamiają sobie, że muszą przerwać bezowocną australijską misję. Zrezygnowani, podejmują ostateczną decyzję o udaniu się do Auckland w Nowej Zelandii, licząc na znalezienie stamtąd transportu morskiego z powrotem do Europy. Niestety, wejście na nowe terytorium niesie za sobą kolejne, niezwykle mroczne niebezpieczeństwa. Cała ekipa ratunkowa wpada w zasadzkę i trafia do niewoli u lokalnych tubylców – Maorysów, którzy okazują się być kanibalami. Po dramatycznych wydarzeniach bohaterom udaje się zbiec z wioski ludożerców i dotrzeć nad wybrzeże, uciekając przed ścigającymi ich napastnikami.

W tym krytycznym momencie zrezygnowany geograf Paganel doznaje kolejnego, decydującego olśnienia dotyczącego uszkodzonego listu odnalezionego w brzuchu rekina. Uczony dedukuje, że fragmentaryczne słowo „abor” jest w rzeczywistości częścią nazwy wyspy Tabor, znanej powszechnie na mapach jako wyspa Maria Teresa. Chwilę później podróżnicy dostrzegają na morzu płynący okręt, którym okazuje się ich własny jacht „Duncan”, a radosna załoga wita wyczerpanych przyjaciół na pokładzie. Ostatecznie jacht dopływa do wytypowanych brzegów wyspy Tabor, gdzie lord Glenarvan odnajduje zaginionego kapitana Granta oraz dwóch jego lojalnych marynarzy, z sukcesem kończąc tę niesamowitą, globalną podróż.

5/5 - (1 vote)